poniedziałek, 2 listopada 2009

Po słonecznej stronie życia

Mało piszemy o NBA. W gruncie rzeczy dlatego, że niespecjalnie się na niej znamy i nią interesujemy. Ale czasem są rzeczy, które radują. Przynajmniej mnie. Taką jest z pewnością początek sezonu w wykonaniu Phoenix Suns.

Wprawdzie pożegnano się z D’Antonim, ale drużyna chyba powoli wraca do jego pomysłów. Niesamowite run’n’gun prezentowane w czasach świetności omotało zapewne wiele serc i przysporzyło wielu fanów. Oraz kłopotów, bo to nie jest taktyka na mistrzostwo. A momentami roster prezentował się niesamowicie. Bodźcem miało być ściągnięcie Shaqa, ale niestety. Tak na oko zrobiono to o pięć lat za późno – obecnie O’Neal bardziej interesuje się chyba już karierą pozakoszykarską. Bo na boisku pokazuje coraz mniej (oczywiście d-d ciągle mu wpadają, jednak to już nie jest ten sam Diesel, co kiedyś). Nazwany przez dziennikarzy Big Cactusem olbrzym nie nadążył za Nashem i spółką, co skończyło się oględnie rzecz ujmując sezonem przeciętnym. Czy teraz będzie inaczej?

NIE! Żeby nie powiedzieć – oczywiście, że nie. Pomimo 3-0 na dzień dobry (tylko sześć razy tak dobrze rozpoczynali sezon w historii), mimo ciekawego składu oraz wiecznie młodych Nasha i Hilla. Pomimo tego, że ten pierwszy zaczął od 42 asyst w trzech meczach (z czego niesamowite dwadzieścia w spotkaniu przeciwko Golden State), a łącznie sześciu gości rzuca powyżej 15 punktów na mecz. Dlaczego zatem nic nie wskazuje na to, żeby tym razem mieli włączyć się do bezpośredniej walki o „majstra”?

Bo to drużyna, która „gra jak nigdy, przegrywa jak zawsze”. Po prostu oni są skazani na bycie ładną stroną ligi, która jednak nic nie zawojuje. Znowu zaczęli rzucać średnio ponad 115 punktów na mecz. I tak pewnie będą grali ze słabszymi. Gorzej, gdy zaczną się schody.

A te nadejdą już w najbliższej przyszłości – przed Phoenix wyjazdy kolejno do Miami, Orlando i Bostonu. Wyrwanie choćby jednego zwycięstwa będzie niewątpliwym sukcesem. A komplet porażek jakże szybko (ostatni z tych meczy już 6.11) może zburzyć wielkie nadzieje na doskonały sezon.

Poza tym – po prostu braknie im pary. Są za słabi pod koszami (Amare i Hill nie wystarczą), mają krótką ławkę, a Nash jest coraz starszy. Poza tym teraz jest tyle mocnych drużyn, że żeby walczyć z najlepszymi, trzeba się solidnie wzmacniać i rozwijać. Ja sprzedaży Shaqa nie uznam jednak za jakieś niebotyczne wzmocnienie składu…


Zresztą – to dopiero początek rozgrywek. Wniosków raczej wielkich nie ma co wyciągać (może prócz tego, że niesamowicie mocne wydają się Boston i Orlando, natomiast Cavsi zaczęli niezbyt efektownie). Dobry początek często może pomóc w wyniku ponad miarę, czego na pewno warto graczom Phoenix życzyć. Bo jeśli z czymś mi się NBA kojarzy, to z radosną, szybką koszykówką. A taką właśnie prezentują gracze Alvina Gentry’ego. Oby do końca sezonu…

Go Suns!

Brak komentarzy: