Początki zawsze są trudne, zwłaszcza gdy zaczynasz wszystko od nowa w zupełnie obcym środowisku. Doświadczony trener Ettore Messina takie pewnie miał poczucie rozpoczynając budowę nowego, wielkiego Realu Madryt na miarę standardu Galacticos i przyszłorocznego Final Four Euroligi.
Już nieco zbyt ciepła posadka w Moskwie musiała się Messinie znudzić. Poza tym, jak już ostatnio wspominałem, Rosjanie mają teraz większe problemy, niż szukający nowych wyzwań główny trener. Potwierdza to zresztą wczorajsza porażka moskwian z Maccabi Tel Awiw, Nie chodzi o nawet o sam fakt przegrania meczu, ale o to, że odbudowujący swoją chwałę Izraelczycy po raz pierwszy od kilku lat autentycznie sprali wielkie do niedawna CSKA, które może nie odegrać w tym sezonie jakiejś większej roli w Europie.
Co innego Real. Ten klub wraca do pomysłu z galaktycznością i skoro rozpoczęto ten projekt w sekcji piłkarskiej, to i druga co do wagi sekcja basketu postanowiła coś z tego uszczknąć dla siebie. Stąd w stolicy Hiszpanii pojawił się Messina,gwarant sukcesu w koszykarskiej Europie. I stąd też wreszcie dość znaczące, jak na ogólną posuchę w Europie,transfery.
Pierwsze mecze nowego Realu nie wyglądały rewelacyjnie. Najpierw trochę męki w lidze ACB (a rywale nie reprezentowali górnej półki), a potem klaps od Chimek na inaugurację Euroligi.
Drużyna „Królewskich” weszła w swój ważny sezon z problemami. Do zwyczajowego w takich momentach lekkiego bałaganu (gwiazdy zmęczone Eurobasketem, scalanie ludzi z całego świata w zgraną całość) doszły kontuzje kompletu podstawowych podkoszowców. Jak na złość jeden po drugi – Dariusz Lavrinovicz, Felipe Reyes i Tomas van den Spiegel wylądowali na L4. Doszło do tego, że jedynymi wykonawcami akcji tyłem do obręczy byli skrzydłowi – młody Novica Velicković i model przypakowana szczotka Jorge Garbajosa. Obydwaj grają dobrze, ale woleliby pewnie wrócić na swoje nominalne pozycje. W trybie awaryjnym sięgnięto po „strażaków”, ale wówczas wyszła na jaw słabość rynku transferowego w kryzysie. Nawet taka firma, jak Real musiała się zadowolić nieogranym (choć mającym w CV ładny wpis - NBA) Cheikhem Sambem oraz weteranem Ińakim (Ignacio) de Miguelem, którego najlepsze lata już jakiś czas temu minęły. W efekcie wygrane w pierwszych meczach zapewniał madrytczykom obwód, złożony z fantastycznych strzelców oraz boiskowego generała Pablo Prigioniego.
Problemy są jednak po to, by je rozwiązywać. Messina, który nawet jak na swoje standardy, traktował swych nowych podopiecznych niczym wybuchający wulkan, w końcu dotarł do swoich graczy. Ostatnie mecze wyglądają już znacznie ciekawiej w ich wykonaniu. W spotkaniu z Unicają „Królewscy” zaprezentowali próbkę charakteru i cwaniactwa, zaś na Asseco Prokomie urządzili sobie rekreacyjny trening. Prawdziwym testem miał być mecz z mistrzami Euroligi – Panathinaikosem. Grecy zdołali jednakże wygrać tylko pierwszą odsłonę meczu w Madrycie, a później przewaga gospodarzy nie podlegała już głębszej dyskusji.
Czy to już jest Real galaktyczny, na jaki czekają socios? Za wcześnie wyrokować. Warto wspomnieć, że „Koniczynki” z Aten przybyły do Hiszpanii bez Sarunasa Jasikeviciusa, Mike'a Batiste, czy Kostasa Tsartsarisa, a sprowadzani „strażacy”, tak jak w wypadku ekipy trenera Messiny nie są graczami formatu All Stars. Na razie najlepiej w Europie prezentuje się Barcelona, dość pewnie przeskakując wszystkie przeszkody. Pamiętajmy jednak, że występuje ona w grupie A, jednej ze słabszych, czy nawet najsłabszej w tegorocznym Regular Season. W grupie D, gdzie gra Real, jest z kim się mierzyć i z kim gubić punkty..
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz