Kilkanaście dni temu miał miejsce debiut miesięcznika MVP. Wydarzenie z całą pewnością bardzo interesujące. Mnie w każdym razie nie zainteresowało na tyle, żeby robić specjalnie dodatkowe setki metrów po mieście w poszukiwaniu tegoż magazynu. Po kioskach nabiegałem się za młodu, a teraz jestem zdecydowanie leniwym człowiekiem internetu. We wtorek jednak na placu Kościuszki mój wzrok padł na salon Ruchu, no i od razu mi się MVP przypomniało. Dla tych których to interesuje (bo czytałem trochę relacji z bezskutecznych polowań na MVP) były jeszcze dwa egzemplarze. I tak numer wszedł w moje posiadanie. Ale do rzeczy. Co najważniejsze - uważam, że wszelkie kluczowe założenia co do formuły magazynu są jak najbardziej słuszne.
Po pierwsze. Magazyn nie ma parcia na wszechstronną tematykę ogólnokoszykarską i zadowolenie dokładnie każdego fana basketu. Jest o NBA i tyle. Nie ma Polski, Europy, streetballa, drugiej ligi rumuńskiej i czego by tam jeszcze nie dało się wymyślić. Target jest konkretny. Ma konkretną zawartość na temat, który go interesuje. Redakcja nie ma problemu, jak znaleźć ludzi znających się na każdym sektorze koszykówki. Nie ma problemu, czy ci ludzie dadzą radę pisać regularnie i na poziomie na dany temat.
Nie ma sensu zalewać tak ładnego magazynu bagnem z rodzimego podwórka. I to zarówno w sensie metaforycznym jak i dosłownym - chodzi o zupełnie inną dostępność zdjęć dobrej jakości. Dwie strony o EuroBaskecie dość krótkie i rozczarowujące. Lepiej więcej albo wcale. Choć tematy euroligowe można by przemycać pod pretekstem śledzenia postępów NBA prospectów.
Po drugie. Miesięcznik i odpuszczenie sobie bieżących informacji to jedyny słuszny w tym przypadku kierunek. Tygodnik zawsze przegra z informacjami w sieci, miesięcznik może oferować po prostu coś innego niż internet. W tym drugim przypadku, a w szczególności mówiąc konkretnie o pierwszym numerze, nie ma to większego znaczenia, czy teksty czyta się w dniu wydania, tydzień czy dwa później - duża zaleta.
Po trzecie. Bardzo dobry papier, zdjęcia wysokiej jakości, ładny zapach, niewysoki nakład. Całkiem elitarny wizerunek trafiający do dość wąskiej grupy odbiorców. Pozostaje pytanie czy ci odbiorcy i ta cena udźwigną magazyn. Biorąc pod uwagę, że to miesięcznik wydaje mi się, że w kwestii ceny jest tu jeszcze pole do pójścia w górę. Problemem może być tylko psychologiczna bariera 10 PLN. Ale na 9,90 czy 9,99 można spokojnie iść już od grudnia.
Wracając jeszcze do kwestii graficznych. Całe MVP nie zawiera ani jednej przenikającej się ze zdjęciami czcionki, co uznaję za ogromny plus. Mając w pamięci parmanentne problemy z tym (nie wiem czy wciąż aktualne) tygodnika Basket. Oczywiście jest to okupione czasami "kwadratowością" np. tła dla tytułu zachodzącego na zdjęcie. Ale w żaden sposób to nie przeszkadza. I ja osobiście cieszę się, że okres w projektowaniu stron internetowych i składaniu magazynów, w którym autorzy przede wszystkim chwalili się ogromem możliwości technicznych, zamiast stawiać na przejrzystość - jest już za nami.
W pozytywnym graficznym odbiorze, a także ogólnym duży udział w przypadku pierwszego numeru ma kompletny brak reklam. Co oczywiście powinno się zmienić i zobaczymy jak to będzie wyglądało w przyszłości. Kończąc ten wątek - mała uwaga. Gdyby to ode mnie zależało, w ogóle nie byłoby tekstów białą czcionką na czarnym tle. Czarne na białym zawsze lepiej się czyta.
To by było na tyle w temacie głównych założeń. Przechodząc już do samej zawartości. Co do poziomu merytorycznego nie mam żadnych zastrzeżeń. Bo właściwie nie mogę mieć dość luźno NBA się interesując. Przede wszystkim dobrze się to czyta, a to po przecież klucz do sukcesu słowa pisanego. Nadmiaru fajerwerków nie ma, ale wynika to w dużej mierze z tematyki podsumowująco-zapowiadającej pierwszego numeru. Zdaje sobie sprawę, że miejsca na wplecenie dogłębnych i błyskotliwych analiz przy opisywaniu sytuacji 30 zespołów, transferów 30 zespołów i draftu 30 zespołów - może po prostu nie być. Liczę na to, że będę w kolejnych numerach pozytywnie zaskakiwany.
W zakresie tekstów na celownik idzie tylko pan Hirek Wrona. Tekst 1. Ja myślę, że wszyscy się cieszymy, że Hirek kiedyś grał w basket, miał trenerów, lubi NBA, tylko tak przechodząc do rzeczy - co z tego? Tekst 2. Nie do końca wiem o czym to jest, co autor chciał powiedzieć i czy przypadkiem nie sprzedał nam wszystkim dokładnie znanych banałów. I co ma tytuł do tekstu? Nie rozumiem pomysłu na Hirka w MVP. Może później zrozumiem.
Tematyka. Oldschool to będzie chyba moja ulubiona rubryka. Czasy kolesi biegających w krótkich gadkach to dobra odskocznia dla czasów napakowanych pozerów i koszykarzy, którzy dzięki postępowi w medycynie i innych dziedzinach, są co raz odleglejsi od zwykłych ludzi. I bardzo dobrze się stało, że jedyne zdjęcie, które zajęło całą stronę to właśnie klimatyczna fota Magika i Larry'ego. Szkoda tylko, że autor zamachnął się od razu na całą dekadę - w tym tempie oldschool może się szybko wyczerpać.
Pozostałe teksty, które przypadły mi do gustu to Kwiatkowski o Rondo, Michałowicz o Jazz i Cegliński o Wolves. Godne polecenia i o czymś. Bo tak jak już wcześniej wspominałem te podsumowująco-zapowiadające muszą być o wszystkim, czyli jednak o niczym. Co nie zmienia faktu, że w tej formule solidne. I poniekąd nieodzowne.
Zmierzając do końca czepię się dwóch szczegółów, o których wiem, że dostrzegli je także inni. Wiem co to jest magazyn koszykarski, wiem co to basketball magazine, ale co to basketball magazyn, to nie bardzo wiem nawet w jakim to języku napisane. No i 18 listopada - na litość.
Po pierwszym numerze pozostaje trochę znaków zapytania. Samo przetrwanie pisma, cena, objętość, nakład, liczba reklam, kierunek w którym magazyn podąży. Taki szczegół choćby czy MVP będzie wydawany w sierpniu, wrześniu, październiku? A jeśli tak, to o czym będzie traktował?
W każdym razie początek moim zdaniem bardzo udany i każący oczekiwać więcej. Trzymam kciuki.
sobota, 21 listopada 2009
środa, 18 listopada 2009
Trade po polsku
Polacy nie gęsi i swój trade mają. W ostatnich dniach trzy z czterech najlepszych drużyn poprzedniego sezonu Polskiej Ligi Koszykówki dokonało zmian na kluczowej pozycji rozgrywającego. Traf chciał, że transfery te były ze sobą powiązane. I tak Asseco Prokom pożegnał Tyrone'a Brazeltona, który zasilił ekipę Energi Czarnych Słupsk, zastępując tam Dru Joyce'a. Tenże Joyce zmienił klimat na włocławski. Wszystkie te ruchy były możliwe dzięki temu, że gdynianie pokusili się o sprowadzenie do swej drużyny Lorinzy Harringtona (ten już z draftu, a więc z zewnątrz). Skoro mamy wymianę „prawie jak w NBA”, przyjrzyjmy się pokrótce, kto tu zyskał, a kto stracił.
Możecie się zgodzić lub nie, ale moim zdaniem najwięcej zyskał najsłabszy uczestnik tej operacji. Czarni grający wyraźnie poniżej oczekiwań pozbyli się Joyce'a, Gościa, który może i ma jakieś papiery na strzelca, ale i spore problemy z kreowaniem gry. Cały zespół ze Słupska gra słabo (w tym Polacy), ale od „jedynki” wymagamy, by była elementem uspokajającym, spajającym ten bałagan, więc na Amerykanina spada zasłużona krytyka. Jego miejsce zajmuje rezerwowy z bardzo silnej ekipy mistrzów Polski. Brazelton miał tam typowy problem zmiennika – w krótkim czasie pokazać maksimum możliwości. Wydaje się, że radził sobie nieźle jako zadaniowiec. Dodawał elementy gry obronnej i pozwalał odpocząć pierwszemu point guardowi. Czego chcieć więcej? Poza tym, cyferkowo prezentował się lepiej, niż pierwszy rozgrywający ze Słupska i to też daje do myślenia. Zresztą, już w barwach Ventspils pokazywał, że potrafi być liderem zespołu, a tego będą od niego oczekiwać w Słupsku. Wydaje się, że tym razem władze klubu z Pomorza dobrze trafiły. Gorzej być nie powinno, przynajmniej z kreowaniem pozycji rzutowych, a czy koledzy zaczną trafiać, to już inna bajka.
Prokom dokonał zmiany PR - owskiej. Porażki z Realem i zwłaszcza z Oldenburgiem stały się pretekstem, by coś namieszać w składzie. Kozłem ofiarnym został Brazelton. Na jego miejsce przyszedł Harrington, facet, któremu za same wpisy w CV płaci się więcej, niż za osiągnięcia Tyrone'a. Póki co, statystycznie wypada słabo, ale portfel Asseco jest przepastny i wiele zniesie. Poza tym, na krajowym podwórku nawet błędy personalne nie kosztują zbyt wiele, zaś Euroliga to jednak mimo wszystko taka dodatkowa błyskotka. Nikt przed sezonem nie opowiadał już starych wiców o grze w „Ósemce”, a Top 16 nadal jest osiągalna, więc nie ma się czym stresować. No i wreszcie – Junior Lorinza, jak na człowieka z bogatą przeszłością zawsze może znaleźć moment, by pokazać, że jednak jest wart wydanych pieniędzy, a jego zgranie z zespołem będzie już tylko lepsze.
Paradoksalnie najgorzej wygląda rewelacyjny dotąd Anwil. Trzecia drużyna minionego sezonu budowała zespół oszczędnościowy. Dziury w składzie widać gołym okiem, a mimo tego, włocławianie zajmowali do niedawna pozycję lidera PLK. Przeciętni zmiennicy pod koszem, „dwójki” z antytalentem do defensywy i słaby zmiennik na rozegraniu w niczym nie przeszkadzał. Punktem zwrotnym może być mecz z Polpharmą. Przed nim Włocławek opuścił sfrustrowany zmiennik Mike Trimboli i lider zespołu, Krzysztof Szubarga na „jedynce” został sam. Efekt w Starogardzie był widoczny – presja rywali, zmęczenie szefa drużyny i wynikająca po trosze z tego kontuzja. Szubar to dusza zespołu. Jego krytycy pamiętają Eurobasket, gdy Krzysiek służył wyłącznie za napędzacza szybkiej i mało pomysłowej gry naszej kadry. W lidze gra on inaczej, wolniej, szukając dwójkowych zagrań z wysokimi i trafiając zza łuku. Na PLK takie minimum zdrowego rozsądku plus serce do gry wystarczało. Teraz los zespołu zależy od tego, jak długo Szubi będzie poza grą. Im szybciej wróci, tym prędzej kolega LeBrona znajdzie się na ławce jako wsparcie dla głównego reżysera i wszystko na Kujawach wróci do normy. Chyba, ze i ten amerykański nabytek poczuje się zawiedziony ilością czasu spędzanego na boisku, ale to na razie melodia przyszłości..
Możecie się zgodzić lub nie, ale moim zdaniem najwięcej zyskał najsłabszy uczestnik tej operacji. Czarni grający wyraźnie poniżej oczekiwań pozbyli się Joyce'a, Gościa, który może i ma jakieś papiery na strzelca, ale i spore problemy z kreowaniem gry. Cały zespół ze Słupska gra słabo (w tym Polacy), ale od „jedynki” wymagamy, by była elementem uspokajającym, spajającym ten bałagan, więc na Amerykanina spada zasłużona krytyka. Jego miejsce zajmuje rezerwowy z bardzo silnej ekipy mistrzów Polski. Brazelton miał tam typowy problem zmiennika – w krótkim czasie pokazać maksimum możliwości. Wydaje się, że radził sobie nieźle jako zadaniowiec. Dodawał elementy gry obronnej i pozwalał odpocząć pierwszemu point guardowi. Czego chcieć więcej? Poza tym, cyferkowo prezentował się lepiej, niż pierwszy rozgrywający ze Słupska i to też daje do myślenia. Zresztą, już w barwach Ventspils pokazywał, że potrafi być liderem zespołu, a tego będą od niego oczekiwać w Słupsku. Wydaje się, że tym razem władze klubu z Pomorza dobrze trafiły. Gorzej być nie powinno, przynajmniej z kreowaniem pozycji rzutowych, a czy koledzy zaczną trafiać, to już inna bajka.
Prokom dokonał zmiany PR - owskiej. Porażki z Realem i zwłaszcza z Oldenburgiem stały się pretekstem, by coś namieszać w składzie. Kozłem ofiarnym został Brazelton. Na jego miejsce przyszedł Harrington, facet, któremu za same wpisy w CV płaci się więcej, niż za osiągnięcia Tyrone'a. Póki co, statystycznie wypada słabo, ale portfel Asseco jest przepastny i wiele zniesie. Poza tym, na krajowym podwórku nawet błędy personalne nie kosztują zbyt wiele, zaś Euroliga to jednak mimo wszystko taka dodatkowa błyskotka. Nikt przed sezonem nie opowiadał już starych wiców o grze w „Ósemce”, a Top 16 nadal jest osiągalna, więc nie ma się czym stresować. No i wreszcie – Junior Lorinza, jak na człowieka z bogatą przeszłością zawsze może znaleźć moment, by pokazać, że jednak jest wart wydanych pieniędzy, a jego zgranie z zespołem będzie już tylko lepsze.
Paradoksalnie najgorzej wygląda rewelacyjny dotąd Anwil. Trzecia drużyna minionego sezonu budowała zespół oszczędnościowy. Dziury w składzie widać gołym okiem, a mimo tego, włocławianie zajmowali do niedawna pozycję lidera PLK. Przeciętni zmiennicy pod koszem, „dwójki” z antytalentem do defensywy i słaby zmiennik na rozegraniu w niczym nie przeszkadzał. Punktem zwrotnym może być mecz z Polpharmą. Przed nim Włocławek opuścił sfrustrowany zmiennik Mike Trimboli i lider zespołu, Krzysztof Szubarga na „jedynce” został sam. Efekt w Starogardzie był widoczny – presja rywali, zmęczenie szefa drużyny i wynikająca po trosze z tego kontuzja. Szubar to dusza zespołu. Jego krytycy pamiętają Eurobasket, gdy Krzysiek służył wyłącznie za napędzacza szybkiej i mało pomysłowej gry naszej kadry. W lidze gra on inaczej, wolniej, szukając dwójkowych zagrań z wysokimi i trafiając zza łuku. Na PLK takie minimum zdrowego rozsądku plus serce do gry wystarczało. Teraz los zespołu zależy od tego, jak długo Szubi będzie poza grą. Im szybciej wróci, tym prędzej kolega LeBrona znajdzie się na ławce jako wsparcie dla głównego reżysera i wszystko na Kujawach wróci do normy. Chyba, ze i ten amerykański nabytek poczuje się zawiedziony ilością czasu spędzanego na boisku, ale to na razie melodia przyszłości..
niedziela, 15 listopada 2009
Asseco, Turów, Anwil, Trefl (...) Polonia 2011
Ćwierć sezonu już za nami. I choć tabela nie jest czytelna przez terminarz, który ustawia zespoły na różnych etapach cyklu grania z rywalami od najsłabszych do najmocniejszych, a tenże sam terminarz trzy szlagiery medalistów ostatniego sezonu zafunduje nam dopiero w trzech ostatnich kolejkach rundy, to już pewne rzeczy stały się dość klarowne. Asseco Prokom ma dużą przewagę na drugim zespołem (kogokolwiek by za taki przyjąć), prawie pewni kandydaci do czwórki to Turów, Anwil oraz Trefl Sopot. Później mamy szeroki szereg przeciętności i słabości oraz zupełnie na drugim biegunie Polonię 2011, która jest co raz bliżej pierwszego zwycięstwa.
Asseco Prokom Gdynia
Zastrzeżenia można mieć głównie co do Euroligi. Choć jak do tej pory chodzi tylko o wyrównany mecz z Oldenburgiem przegrany w końcówce, w momencie kiedy jedynym przetarciem o punkty do tego czasu dla Asseco były Stal, Polonia 2011 i Znicz. W lidze jak na razie na ich postawie mucha nie siada. Bilans 7-0. Mecze wygrywane średnio różnicą prawie 20 punktów. Najniższy rozmiar wygranej to 6 punktów z Treflem Sopot. Oczywiście to gdynianie jako mistrz mieli jak do tej pory najłatwiejszy terminarz, tylko pozostaje pytanie, gdzie szukać kandydatów do detronizacji w kontekście mistrzostwa? Kompletnie ich nie widać - każdy z trzech kolejnych zespołów w porównaniu jest wyraźnie słabszy.
Asseco Prokom z całą pewnością stać na powtórzenie wyczynu Śląska z sezonu 2000/2001, kiedy WKS nie przegrał ani razu w sezonie zasadniczym. Pozostaje tylko pytanie czy sytuacja zmusi ich do śrubowania wyniku. Jeśli za kilka kolejek najgroźniejsi rywale będą mieli już po 3-4 porażki, umieranie za czysty bilans, szczególnie w kontekście walki w Eurolidze, może nie mieć większego sensu. A w takiej sytuacji wpadki, zwłaszcza na wyjeździe, mogą się zdarzyć. Tylko jakie jest ich znaczenie poza wywołaniem chwilowej burzy w mediach a zwłaszcza wśród kibiców, to najlepiej pokazuje choćby przykład klęski Prokomu sprzed roku w Wałbrzychu.
Turów Zgorzelec
Najwięcej porażek wśród kandydatów do czwórki, ale dla mnie to wciąż bardzo wyraźny kandydat na wicemistrza Polski. Bilans 5-3. Porażka w Sopocie z dość mocnym Treflem, w meczu znanym jako "zemsta Kitzingera", w meczu gdzie nastąpiła katastrofa w czwartej kwarcie. Poza tym dość kompromitujące porażki ze słabą Kotwicą i Polonią. Przez Turowem jeszcze spotkania z Asseco Prokomem czy Anwilem. O świetne miejsce po pierwszej rundzie będzie ciężko. Ale to nie znaczy, że później nie będzie lepiej.
Moim zdaniem dopóki wpadki zdarzają się na początku sezonu i to na wyjeździe, nie ma powodów do wielkiej paniki. Do włodarzy klubu należy ocena, czy porażki to normalne koszty budowy formy na drugą część sezonu, a przede wszystkim EuroCup, czy jednak negatywne symptomy popełnionych błędów. Osobiście widziałem te dobre mecze Turowa, w których dość gładko rozprawiał się rywalami we własnej hali.
Jeżeli zidentyfikowane zostaną błędy, to szczerze mówiąc nie widzę tutaj miejsca na jakąś rewolucję kadrową wśród zawodników. Turów dysponuje jedyną gwiazdą ligi dorastającą do gwiazd mistrza Polski - Michaelem Wrightem. Obwodowi Amerykanie - Gray i Dean - solidnie wykonują swoje zadanie, Polacy na dobrym poziomie (Wójcik, Witka, Roszyk, Chyliński, Leończyk) są praktycznie nie do ruszenia.
Tylko Konrad Wysocki gra co raz słabiej i mówi się o konflikcie z trenerem Obradviciem. Szkoda byłoby tracić Wysockiego, bo to gracz na dobrym poziomie, ma uzyskać polski paszport, a wina słabej formy nie do końca leży po jego stronie. Bardziej po stronie nieumiejętności wykorzystania jego atutów przez trenera i ich nieadekwatności do potrzeb zespołu. Przede wszystkim chodzi tutaj o aofensywność SF i ogólny brak dobrych strzelców zza łuku na obwodzie.
Także pierwszy możliwy krok to zwolnienie Wysockiego i zatrudnienie strzelca na pozycje 2/3. Zarazem pozostawienie defensywy Krzyśkowi Roszykowi. Choć tu trzeba pamiętać, że Wysocki był zatrudniany głownie z myślą o bronieniu przeciw Qyntelowi Woodsowi. Czy to by się udało - nie wiemy. Za to wiemy już z poprzedniego finału, że Roszykowi nie uda się na pewno. Drugim miejscem gdzie można by szukać zmian to pozycja pierwszego rozgrywającego. Jednak znalezienie kogoś lepszego od Williego Deana do łatwych należeć nie musi. Jeśli chodzi o wzmocnienia składu najbardziej byłbym za uzupełnieniem mocnej 9-osobowej rotacji, którą posiada obecnie Turów. A byłby to przede wszystkim typowy center, silny fizycznie specjalista od zbiórek, który wypełniłby obsadę podkoszową. A ta na standardy międzynarodowej koszykówki składa się z czterech PF. Do tego typowy zmiennik dla Deana, także byłby mile widziany. Gray i Chyliński to nie są wymarzone rozwiązania na rozegraniu, a zespół taki jak Turów powinien posiadać zabezpieczenie na wypadek kontuzji.
Moim zdaniem jeśli już robić poważniejsze zmiany to na ławce trenerskiej. Pewien stary dobry znajomy - Andrej Urlep - nie byłby złym pomysłem. A z ciekawszych nazwisk bez pracy pozostają Aleksandar Trifunović czy Jasmin Repesa.
Kończąc już o Turowie chciałem jeszcze tylko podkreślić to, o czym się nie mówi. W opozycji do bardzo niepolskiego wyraźnie najlepszego w Polsce Asseco Prokomu, stoi wyraźnie drugi (moim zdaniem oczywiście) Turów - wyjątkowo polski jak na naszą ligę. Sporo mocnych Polaków, którzy nie są statystami, a obcokrajowców tylko trzech/czterech (zależy jak liczyć) i to nie przeciętnych ławkowiczów zabierających grę Polakom, tylko gwiazd stanowiących o sile zespołu. Wielokrotnie mówiliśmy o takim modelu w polskich zespołach. Doceńmy go, kiedy w końcu już jest.
Anwil Włocławek, Trefl Sopot
Stwierdzenie czy Anwil jest mocniejszy od Trefla, czy na odwrót uważam za piekielne trudne. Oba zespoły jak na razie łączy sporo: bardzo dobre bilansy, kilka świetnych transferów (Kuzminskas, Szubarga, Kitzinger, Tuljković), trochę solidnych (Kinnard, Jovanović, Pluta, Sullivan), przede wszystkim nieźli trenerzy, którzy poskładali dobre zespoły. Łączy je także jedna główna wada - wąskie składy. Kilka graczy kandydatów na gwiazdy to jak do tej pory większe bądź mniejsze rozczarowania: przede wszystkim Kadziulis, Dunn, Hawkins, Barycz. Głębsze rezerwy albo też grają poniżej oczekiwań, albo są przeciętne, albo kontuzjowane, albo ich nie ma. Oczywiście są mankamenty w kontekście walki w czwórce. Poniżej nie bardzo widać zespoły z lepszymi i szerszymi składami.
Teraz może bardziej z osobna zaczynając od Trefla. Czego tutaj brakuje to przede wszystkim trzeciego pod kosz na jakimś poziomie. Łukasz Ratajczak i Paweł Kowalczuk to mało. Przydałby się zmiennik dla Hawkinsa, bo rozwiązanie z Iwo nie jest pozbawione wad. Ewentualnie w ogóle wymiana Cliffa. Ale co najbardziej kluczowe to przebudzenie Gintarasa Kadziulisa. Jego obecna forma to ogromne rozczarowanie. W kontekście tego na jakiego formatu zawodnika zapowiadał się niegdyś w Anwilu Andreja Urlepa - można to uznać za wielką porażkę Litwina.
W ciężkiej serii: Anwil, Turów, Asseco bilans 1-2, ale poza tym regularne punktowanie słabszych. Miejsce może być bardzo dobre. Może nawet wicelider po pierwszej rundzie. W play-off półfinał i walka o brąz.
Anwil nie potrzebuje zmian. Anwil potrzebuje natychmiast ludzi do grania. Pod koszem jest czterech koszykarzy na dobrym poziomie. Tutaj nie ma co zmieniać, choć oczywiście wady jakieś są. Przede wszystkim to już tradycyjnie chimeryczny Alex Dunn uwielbiający zbieranie fauli, no i Wojtek Barycz wracający po kontuzji. Jovanović robi swoje, a Sullivan w tym co robi - czyli wykańczaniu akcji - jest bardzo dobry. Cały problem Anwilu leży w tym, że po odejściu także nie nazbyt genialnego Mike'a Trimboliego gra we czterech również na obwodzie. Przy czym niesamowicie wyeksploatowana trójka to: Szubarga, Pluta i Tuljković. Za zadaniowca z ławki robi Kamil Chanas, co szczerze mówiąc nie jest doskonałą dla niego rolą. Chłopaki nie mają stalowej kondycji, nie są także tuzami obronnymi. Czekamy na Bartka Wołoszyna i minimum jeszcze jeden transfer na obwodzie.
W przeciwieństwie do sopocian Anwil czeka jeszcze Turów i Asseco Prokom, ale 3-4 porażki i tak dadzą dobrą pozycję po pierwszej rundzie, a później zakładając już uzupełniony skład wciąż powinno być dobrze. Prognoza na play-off podobna jak dla Trefla, ale potencjał do walki o finał - przy założeniu uzupełnień - jednak większy.
Szeroki środek tabeli
Tutaj nie będę się rozwodził, bo właściwie nie ma nad czym...
Kto jeszcze w ósemce? Polpharma to ciekawy zespół. Ma sprawdzone bardzo dobre gwiazdy środka tabeli PLK, czyli Okafora i Weedena. Co ważne zespół Bogicevicia nie wygląda na drużynę typu "dwóch murzynów a reszta się przygląda", tylko dobrze funkcjonujący mechanizm, który skutecznie pracuje na swoich liderów. Angley na rozgraniu oraz gracze z Bałkanów robią swoje. Uzupełniają to wszystko solidni Polacy z utalentowanym Damianem Kuligiem na czele. Wszyscy czterej mają swoją konkretną pozycję w zespole. Polpharma to chyba najlepsza ekipa z "reszty świata".
Dalej jest PBG Basket Poznań. Z dobrym składem, trenerem Kijewskim, 0-3 z medalistami oraz dwoma wpadkami. Najgorsze mają już chyba za sobą i powinni pójść trochę w górę z bilansem. Także Polpharma i PBG to moi kolejni pewniacy do ósemki. Dalej to już na dwoje babka...
AZS wygląda bardzo solidnie. Znicz ma ciężki terminarz przed sobą, ale na początku drugiej rundy może pójdzie za ciosem i powtórzy 5 zwycięstw z rzędu? Czarni będą próbowali wygrzebać się z głębokiego kryzysu. Być może właśnie udaje się to "zwykłej" Polonii.
Polonia 2011 i walka o utrzymanie
Polonię 2011 wszyscy znamy i w większości kibicujemy. Osobiście co kolejkę czekam na ich pierwsze zwycięstwo. Tomek Śnieg gra rewelacyjnie. Czekam też na lepsze mecze Berishy i Pamuły. Czekam na powrót Kamila Pietrasa, który być może w końcu kiedyś nastąpi. Z przyjemnością na parkietach ekstraklasy znów ogląda się Leszka Karwowskiego.
W ostatnich dwóch kolejkach było bardzo blisko pierwszego triumfu. Choć najbardziej szkoda porażki z bezpośrednim rywalem do utrzymania - Stalą Stalowa Wola. Bo tak to się na razie zapowiada, że Kotwica będzie zespołem, który nie pomyśli za bardzo o ósemce, ale spadek także mu nie zagrozi. Do wyprzedzenia pozostaje więc raczej tylko Sportino i Stal. Na szczęście dla Polonii 2011 w ostatnim meczu Sportino wygrało i Stal nie ma już trzech zwycięstw na koncie.
Osobiście bardzo kibicuję ekipie Starcevicia, bo spadek mógłby zachwiać trochę tym "projektem". Kilku graczy miałoby dylemat czy grać sporo, ale znów w pierwszej lidze, czy może szukać szczęścia w innych zespołach ekstraklasy. Najlepiej by było, żeby jednak się utrzymali i za rok już bardziej doświadczeni, może wzmocnieni zagrali o coś więcej.
Asseco Prokom Gdynia
Zastrzeżenia można mieć głównie co do Euroligi. Choć jak do tej pory chodzi tylko o wyrównany mecz z Oldenburgiem przegrany w końcówce, w momencie kiedy jedynym przetarciem o punkty do tego czasu dla Asseco były Stal, Polonia 2011 i Znicz. W lidze jak na razie na ich postawie mucha nie siada. Bilans 7-0. Mecze wygrywane średnio różnicą prawie 20 punktów. Najniższy rozmiar wygranej to 6 punktów z Treflem Sopot. Oczywiście to gdynianie jako mistrz mieli jak do tej pory najłatwiejszy terminarz, tylko pozostaje pytanie, gdzie szukać kandydatów do detronizacji w kontekście mistrzostwa? Kompletnie ich nie widać - każdy z trzech kolejnych zespołów w porównaniu jest wyraźnie słabszy.
Asseco Prokom z całą pewnością stać na powtórzenie wyczynu Śląska z sezonu 2000/2001, kiedy WKS nie przegrał ani razu w sezonie zasadniczym. Pozostaje tylko pytanie czy sytuacja zmusi ich do śrubowania wyniku. Jeśli za kilka kolejek najgroźniejsi rywale będą mieli już po 3-4 porażki, umieranie za czysty bilans, szczególnie w kontekście walki w Eurolidze, może nie mieć większego sensu. A w takiej sytuacji wpadki, zwłaszcza na wyjeździe, mogą się zdarzyć. Tylko jakie jest ich znaczenie poza wywołaniem chwilowej burzy w mediach a zwłaszcza wśród kibiców, to najlepiej pokazuje choćby przykład klęski Prokomu sprzed roku w Wałbrzychu.
Turów Zgorzelec
Najwięcej porażek wśród kandydatów do czwórki, ale dla mnie to wciąż bardzo wyraźny kandydat na wicemistrza Polski. Bilans 5-3. Porażka w Sopocie z dość mocnym Treflem, w meczu znanym jako "zemsta Kitzingera", w meczu gdzie nastąpiła katastrofa w czwartej kwarcie. Poza tym dość kompromitujące porażki ze słabą Kotwicą i Polonią. Przez Turowem jeszcze spotkania z Asseco Prokomem czy Anwilem. O świetne miejsce po pierwszej rundzie będzie ciężko. Ale to nie znaczy, że później nie będzie lepiej.
Moim zdaniem dopóki wpadki zdarzają się na początku sezonu i to na wyjeździe, nie ma powodów do wielkiej paniki. Do włodarzy klubu należy ocena, czy porażki to normalne koszty budowy formy na drugą część sezonu, a przede wszystkim EuroCup, czy jednak negatywne symptomy popełnionych błędów. Osobiście widziałem te dobre mecze Turowa, w których dość gładko rozprawiał się rywalami we własnej hali.
Jeżeli zidentyfikowane zostaną błędy, to szczerze mówiąc nie widzę tutaj miejsca na jakąś rewolucję kadrową wśród zawodników. Turów dysponuje jedyną gwiazdą ligi dorastającą do gwiazd mistrza Polski - Michaelem Wrightem. Obwodowi Amerykanie - Gray i Dean - solidnie wykonują swoje zadanie, Polacy na dobrym poziomie (Wójcik, Witka, Roszyk, Chyliński, Leończyk) są praktycznie nie do ruszenia.
Tylko Konrad Wysocki gra co raz słabiej i mówi się o konflikcie z trenerem Obradviciem. Szkoda byłoby tracić Wysockiego, bo to gracz na dobrym poziomie, ma uzyskać polski paszport, a wina słabej formy nie do końca leży po jego stronie. Bardziej po stronie nieumiejętności wykorzystania jego atutów przez trenera i ich nieadekwatności do potrzeb zespołu. Przede wszystkim chodzi tutaj o aofensywność SF i ogólny brak dobrych strzelców zza łuku na obwodzie.
Także pierwszy możliwy krok to zwolnienie Wysockiego i zatrudnienie strzelca na pozycje 2/3. Zarazem pozostawienie defensywy Krzyśkowi Roszykowi. Choć tu trzeba pamiętać, że Wysocki był zatrudniany głownie z myślą o bronieniu przeciw Qyntelowi Woodsowi. Czy to by się udało - nie wiemy. Za to wiemy już z poprzedniego finału, że Roszykowi nie uda się na pewno. Drugim miejscem gdzie można by szukać zmian to pozycja pierwszego rozgrywającego. Jednak znalezienie kogoś lepszego od Williego Deana do łatwych należeć nie musi. Jeśli chodzi o wzmocnienia składu najbardziej byłbym za uzupełnieniem mocnej 9-osobowej rotacji, którą posiada obecnie Turów. A byłby to przede wszystkim typowy center, silny fizycznie specjalista od zbiórek, który wypełniłby obsadę podkoszową. A ta na standardy międzynarodowej koszykówki składa się z czterech PF. Do tego typowy zmiennik dla Deana, także byłby mile widziany. Gray i Chyliński to nie są wymarzone rozwiązania na rozegraniu, a zespół taki jak Turów powinien posiadać zabezpieczenie na wypadek kontuzji.
Moim zdaniem jeśli już robić poważniejsze zmiany to na ławce trenerskiej. Pewien stary dobry znajomy - Andrej Urlep - nie byłby złym pomysłem. A z ciekawszych nazwisk bez pracy pozostają Aleksandar Trifunović czy Jasmin Repesa.
Kończąc już o Turowie chciałem jeszcze tylko podkreślić to, o czym się nie mówi. W opozycji do bardzo niepolskiego wyraźnie najlepszego w Polsce Asseco Prokomu, stoi wyraźnie drugi (moim zdaniem oczywiście) Turów - wyjątkowo polski jak na naszą ligę. Sporo mocnych Polaków, którzy nie są statystami, a obcokrajowców tylko trzech/czterech (zależy jak liczyć) i to nie przeciętnych ławkowiczów zabierających grę Polakom, tylko gwiazd stanowiących o sile zespołu. Wielokrotnie mówiliśmy o takim modelu w polskich zespołach. Doceńmy go, kiedy w końcu już jest.
Anwil Włocławek, Trefl Sopot
Stwierdzenie czy Anwil jest mocniejszy od Trefla, czy na odwrót uważam za piekielne trudne. Oba zespoły jak na razie łączy sporo: bardzo dobre bilansy, kilka świetnych transferów (Kuzminskas, Szubarga, Kitzinger, Tuljković), trochę solidnych (Kinnard, Jovanović, Pluta, Sullivan), przede wszystkim nieźli trenerzy, którzy poskładali dobre zespoły. Łączy je także jedna główna wada - wąskie składy. Kilka graczy kandydatów na gwiazdy to jak do tej pory większe bądź mniejsze rozczarowania: przede wszystkim Kadziulis, Dunn, Hawkins, Barycz. Głębsze rezerwy albo też grają poniżej oczekiwań, albo są przeciętne, albo kontuzjowane, albo ich nie ma. Oczywiście są mankamenty w kontekście walki w czwórce. Poniżej nie bardzo widać zespoły z lepszymi i szerszymi składami.
Teraz może bardziej z osobna zaczynając od Trefla. Czego tutaj brakuje to przede wszystkim trzeciego pod kosz na jakimś poziomie. Łukasz Ratajczak i Paweł Kowalczuk to mało. Przydałby się zmiennik dla Hawkinsa, bo rozwiązanie z Iwo nie jest pozbawione wad. Ewentualnie w ogóle wymiana Cliffa. Ale co najbardziej kluczowe to przebudzenie Gintarasa Kadziulisa. Jego obecna forma to ogromne rozczarowanie. W kontekście tego na jakiego formatu zawodnika zapowiadał się niegdyś w Anwilu Andreja Urlepa - można to uznać za wielką porażkę Litwina.
W ciężkiej serii: Anwil, Turów, Asseco bilans 1-2, ale poza tym regularne punktowanie słabszych. Miejsce może być bardzo dobre. Może nawet wicelider po pierwszej rundzie. W play-off półfinał i walka o brąz.
Anwil nie potrzebuje zmian. Anwil potrzebuje natychmiast ludzi do grania. Pod koszem jest czterech koszykarzy na dobrym poziomie. Tutaj nie ma co zmieniać, choć oczywiście wady jakieś są. Przede wszystkim to już tradycyjnie chimeryczny Alex Dunn uwielbiający zbieranie fauli, no i Wojtek Barycz wracający po kontuzji. Jovanović robi swoje, a Sullivan w tym co robi - czyli wykańczaniu akcji - jest bardzo dobry. Cały problem Anwilu leży w tym, że po odejściu także nie nazbyt genialnego Mike'a Trimboliego gra we czterech również na obwodzie. Przy czym niesamowicie wyeksploatowana trójka to: Szubarga, Pluta i Tuljković. Za zadaniowca z ławki robi Kamil Chanas, co szczerze mówiąc nie jest doskonałą dla niego rolą. Chłopaki nie mają stalowej kondycji, nie są także tuzami obronnymi. Czekamy na Bartka Wołoszyna i minimum jeszcze jeden transfer na obwodzie.
W przeciwieństwie do sopocian Anwil czeka jeszcze Turów i Asseco Prokom, ale 3-4 porażki i tak dadzą dobrą pozycję po pierwszej rundzie, a później zakładając już uzupełniony skład wciąż powinno być dobrze. Prognoza na play-off podobna jak dla Trefla, ale potencjał do walki o finał - przy założeniu uzupełnień - jednak większy.
Szeroki środek tabeli
Tutaj nie będę się rozwodził, bo właściwie nie ma nad czym...
Kto jeszcze w ósemce? Polpharma to ciekawy zespół. Ma sprawdzone bardzo dobre gwiazdy środka tabeli PLK, czyli Okafora i Weedena. Co ważne zespół Bogicevicia nie wygląda na drużynę typu "dwóch murzynów a reszta się przygląda", tylko dobrze funkcjonujący mechanizm, który skutecznie pracuje na swoich liderów. Angley na rozgraniu oraz gracze z Bałkanów robią swoje. Uzupełniają to wszystko solidni Polacy z utalentowanym Damianem Kuligiem na czele. Wszyscy czterej mają swoją konkretną pozycję w zespole. Polpharma to chyba najlepsza ekipa z "reszty świata".
Dalej jest PBG Basket Poznań. Z dobrym składem, trenerem Kijewskim, 0-3 z medalistami oraz dwoma wpadkami. Najgorsze mają już chyba za sobą i powinni pójść trochę w górę z bilansem. Także Polpharma i PBG to moi kolejni pewniacy do ósemki. Dalej to już na dwoje babka...
AZS wygląda bardzo solidnie. Znicz ma ciężki terminarz przed sobą, ale na początku drugiej rundy może pójdzie za ciosem i powtórzy 5 zwycięstw z rzędu? Czarni będą próbowali wygrzebać się z głębokiego kryzysu. Być może właśnie udaje się to "zwykłej" Polonii.
Polonia 2011 i walka o utrzymanie
Polonię 2011 wszyscy znamy i w większości kibicujemy. Osobiście co kolejkę czekam na ich pierwsze zwycięstwo. Tomek Śnieg gra rewelacyjnie. Czekam też na lepsze mecze Berishy i Pamuły. Czekam na powrót Kamila Pietrasa, który być może w końcu kiedyś nastąpi. Z przyjemnością na parkietach ekstraklasy znów ogląda się Leszka Karwowskiego.
W ostatnich dwóch kolejkach było bardzo blisko pierwszego triumfu. Choć najbardziej szkoda porażki z bezpośrednim rywalem do utrzymania - Stalą Stalowa Wola. Bo tak to się na razie zapowiada, że Kotwica będzie zespołem, który nie pomyśli za bardzo o ósemce, ale spadek także mu nie zagrozi. Do wyprzedzenia pozostaje więc raczej tylko Sportino i Stal. Na szczęście dla Polonii 2011 w ostatnim meczu Sportino wygrało i Stal nie ma już trzech zwycięstw na koncie.
Osobiście bardzo kibicuję ekipie Starcevicia, bo spadek mógłby zachwiać trochę tym "projektem". Kilku graczy miałoby dylemat czy grać sporo, ale znów w pierwszej lidze, czy może szukać szczęścia w innych zespołach ekstraklasy. Najlepiej by było, żeby jednak się utrzymali i za rok już bardziej doświadczeni, może wzmocnieni zagrali o coś więcej.
środa, 11 listopada 2009
Żale i krzywdy
Ten wpis powstaje z lekkim opóźnieniem, ale myślę, że warto. Otóż, jak może pamiętacie, kilka dni temu pisałem o rozstaniu z TVP Roberta Korzeniowskiego, dyrektora sportu w tej stacji. Co ciekawe, pod jego adresem swoje pretensje zgłosił ktoś znacznie ważniejszy, bo Marian Kmita, szef sportu w Polsacie.
Pan dyrektor w felietonie dla poniedziałkowej gazety „Sport.pl” występuje (nie po raz pierwszy) w roli obrońcy uciśnionej siatkówki. Czytamy więc, że „od wielu miesięcy, a może i lat utytułowany mistrz sportu (Korzeniowski – przyp mój) w klasyczny dla swojego charakteru sposób blokował w TVP informacje o siatkarkach i siatkarzach, jak tylko się dało i gdzie się dało.” Co do wtrętu na temat charakteru, nie będę komentował, bo nie wiem, reszta warta jest dyskusji.
Panie Dyrektorze, witamy na pokładzie. Jako pasjonat koszykówki mam dokładnie takie samo poczucie w odniesieniu do mojej ukochanej dyscypliny. Tyle, że nie odnoszę tego wyłącznie do stacji, w której rządy pełnił pan Robert.
Przypomnijmy, że siatkówka w każdym wydaniu znajduje się niemal w monopolistycznym władaniu Polsatu. Pan Dyrektor Kmita ma więc w ręku wszelkie środki wystarczające do promowania tej dyscypliny. Ma jednak żal o to, że Korzeniowski zwalczał jego siatkówkę w ramach biznesowej konkurencji. Pisze zatem: „Dla Roberta była to wojna totalna, na śmierć i życie i bez znaczenia było, czy chodzi o wyniki ligowe czy informacje o medalach naszych reprezentacji pokazywane we wrażej stacji.”
Cóż, z naszą koszykówką jest tak od dawna. Mistrzostwa Europy sprzed dwóch lat, zakodowane przez stację pana Kmity nie znalazły poczesnego miejsca w serwisach TVP. Z drugiej strony, gdy Polsat opakowywał ligę także nie znajdował dla niej miejsca w sporcie po „Wydarzeniach”.
Nie chciałem nigdy wylewać żalów na media, że nie zauważają basketu, spychają na margines i pogłębiają jego degrengoladę w naszym kraju. Skoro jednak podobne słowa wypowiada szef wielkiego medium, promujący za duże pieniądze jedną z najpopularniejszych dyscyplin w Polsce, to też postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze. Z całą pewnością nie powinno być tak, ze stacja publiczna „blokuje” jakieś informacje, ale z biznesowego punktu widzenia ma to sens. Jaki bowiem interes ma spółka, jaką jest TVP w promowaniu dyscypliny, znajdującej się pod pełną opieką konkurencji.
Jest to też pytanie o sens istnienia stacji publicznej i jej trwania w formie spółki, która musi przynosić zysk (a więc walczyć o rynek z konkurencją) – nie czas i miejsce na to. Warto wszak przypomnieć, że Polsat jako firma nie chciała sobie pozwolić na odkodowanie piłkarskiego mundialu i dopiero presja społeczna zmusiła tę stację do kompromisu. Niestety koszykówka takiego lobbingu (w sensie pozytywnym) się nie doczekała, a szkoda.
Pan dyrektor w felietonie dla poniedziałkowej gazety „Sport.pl” występuje (nie po raz pierwszy) w roli obrońcy uciśnionej siatkówki. Czytamy więc, że „od wielu miesięcy, a może i lat utytułowany mistrz sportu (Korzeniowski – przyp mój) w klasyczny dla swojego charakteru sposób blokował w TVP informacje o siatkarkach i siatkarzach, jak tylko się dało i gdzie się dało.” Co do wtrętu na temat charakteru, nie będę komentował, bo nie wiem, reszta warta jest dyskusji.
Panie Dyrektorze, witamy na pokładzie. Jako pasjonat koszykówki mam dokładnie takie samo poczucie w odniesieniu do mojej ukochanej dyscypliny. Tyle, że nie odnoszę tego wyłącznie do stacji, w której rządy pełnił pan Robert.
Przypomnijmy, że siatkówka w każdym wydaniu znajduje się niemal w monopolistycznym władaniu Polsatu. Pan Dyrektor Kmita ma więc w ręku wszelkie środki wystarczające do promowania tej dyscypliny. Ma jednak żal o to, że Korzeniowski zwalczał jego siatkówkę w ramach biznesowej konkurencji. Pisze zatem: „Dla Roberta była to wojna totalna, na śmierć i życie i bez znaczenia było, czy chodzi o wyniki ligowe czy informacje o medalach naszych reprezentacji pokazywane we wrażej stacji.”
Cóż, z naszą koszykówką jest tak od dawna. Mistrzostwa Europy sprzed dwóch lat, zakodowane przez stację pana Kmity nie znalazły poczesnego miejsca w serwisach TVP. Z drugiej strony, gdy Polsat opakowywał ligę także nie znajdował dla niej miejsca w sporcie po „Wydarzeniach”.
Nie chciałem nigdy wylewać żalów na media, że nie zauważają basketu, spychają na margines i pogłębiają jego degrengoladę w naszym kraju. Skoro jednak podobne słowa wypowiada szef wielkiego medium, promujący za duże pieniądze jedną z najpopularniejszych dyscyplin w Polsce, to też postanowiłem dorzucić swoje trzy grosze. Z całą pewnością nie powinno być tak, ze stacja publiczna „blokuje” jakieś informacje, ale z biznesowego punktu widzenia ma to sens. Jaki bowiem interes ma spółka, jaką jest TVP w promowaniu dyscypliny, znajdującej się pod pełną opieką konkurencji.
Jest to też pytanie o sens istnienia stacji publicznej i jej trwania w formie spółki, która musi przynosić zysk (a więc walczyć o rynek z konkurencją) – nie czas i miejsce na to. Warto wszak przypomnieć, że Polsat jako firma nie chciała sobie pozwolić na odkodowanie piłkarskiego mundialu i dopiero presja społeczna zmusiła tę stację do kompromisu. Niestety koszykówka takiego lobbingu (w sensie pozytywnym) się nie doczekała, a szkoda.
wtorek, 10 listopada 2009
Czy Adam Romański położy Znicza?
Tytuł – a jakże – mocno naciągany. Nowym dyrektorem (od wszystkiego?) oraz specem od kontaktów z mediami w Jarosławiu został popularny adrom, czyli Adam Romański. Wchodzą tu ludzie raczej obeznani z tematem, więc sylwetki chyba przedstawiać nie muszę. Po wielu przebojach w ostatnich latach znalazł pracę w klubie, który początek rozgrywek zaliczy do najlepszych w historii i jak na razie chyba jest najbardziej usatysfakcjonowany z wszystkich drużyn PLK. A zatem dojście fachowca, a jednocześnie fanatyka tej dyscypliny powinno być kolejnym solidnym wzmocnieniem. Dlaczego więc ten tytuł? Już tłumaczę.
Zacząć trzeba od retrospekcji. Poprzednim klubem, w którym pracował znany dziennikarz byli Czarni Słupsk. Sezon z jednym z wyższych budżetów w lidze, kompletnie schrzaniony. Jak się okazało, jeszcze przed przyjściem adroma, więc niby wina nie jego. Potem zresztą ratował sytuację (nowy trener, stos zawodników i przyzwoity wynik na koniec). Jednocześnie zmierzył się z niekompetencją działaczy, prezesem Twardowskim (nowa prawa ręka prezesa Romana L.?), wynalazkami na ławce trenerskiej i zawodniczej, itp. itd. Ogólnie jednak, jak stwierdził prezes, zarabiał za dużo praktycznie za nic, więc wyleciał. Razem z trenerem. Obecnie Czarni prezentują się znakomicie, zajmując wysokie dziewiąte miejsce w ligowej tabeli. A już 18-tego przyjadą do Jarosławia, na nadspodziewanie trudny teren, którym władał będzie (prawdopodobnie) adrom. Będzie ciekawie?
Wracając do meritum. Dla mnie Adam najbardziej sprawdzał się w roli dziennikarza, ewentualnie komentatora. Oczywiście – dzięki temu zapewne poradzi sobie jako spec od kontaktów z mediami, czy też sprawny organizator – widział już wiele razy, jak wszystko funkcjonuje. I ma zapewne własne przemyślenia, jak być powinno. A klub, taki jak Znicz, jest doskonałym miejscem do eksperymentów, a przynajmniej prób zmian, wprowadzania innowacji. Dlatego z ciekawością spoglądam efektów pracy, jednak w takich chwilach kołacze mi jedno zdanie. Już nie pamiętam, czy wypisane na blogu, czy wypowiedziane w rozmowie: „To smutne, ale dzisiaj nie sposób utrzymać się z pisania o koszykówce. Dlatego trzeba znaleźć alternatywę”. I to fakt – przez taki a nie inny stan dyscypliny tracimy jednego z lepszych „gryzipiórków”.
Ciekawe, czy hasło „dyrektor” odnosi się do pionu sportowego, czy tak ogółu. Bo jeśli ta druga wersja, to na pewno wiele roboty się szykuje – polskie kluby znane są raczej z chaosu i swego rodzaju nieogarnięcia. A co do sportowych kwestii, to tu również rodzi się kilka pytań. Znicz zaczął rewelacyjnie – na razie gra lekko ponad stan, ale nie oszukujmy się – przeciwnicy byli średni i słabi. PokonanieAZS-u Kotwicy i Polpharmy u siebie jest pozytywnym zaskoczeniem, ale nie sensacją. Raczej wykorzystaniem słabości. Czy po gorszej serii (najbliższe mecze – Trefl, Energa, Basket, Anwil…) nie wkradnie się nerwowość? Poza tym trener Szczubiał, wedle mojej skromnej opinii, ostatnie lata ma mocno średnie. Dlatego, życząc mu oczywiście jak najlepiej, obawiam się, iż i on może być powodem, dla którego „czar pryśnie”, a drużyna znad wschodniej granicy wróci w dolne rejony tabeli. W takich sytuacjach często wkrada się myślenie pod tytułem „było super, jest średnio, zmieńmy coś i wrócimy do walki o wysokie miejsca”. A niestety, nadal to nie ten poziom. Mimo trafionych Amerykanów wzmocnionych solidnymi Polakami. Po krótce – tak, moim zdaniem Znicz za niedługo zacznie się osuwać w dół tabeli. I to będzie prawdziwy test dla władz klubu – czy zaczną wprowadzać nerwowe zmiany i rotować składem, czy nie. Czy podejmą słuszne decyzje, czy zastygną w oczekiwaniu/wprowadzą chaos. I te wątpliwości spadną niewątpliwie na nowego dyra klubu, czyli adroma.
Kwestia ostatnia - Adam Romański firmował swoim nazwiskiem Czarnych, z wielką przebudową oraz kontakt z mediami na EuroBaskecie. Jak się okazuje, nie do końca samemu za to odpowiadając – tu prezes T., tam prezes L. I niesnaski, dziwne sytuacje, prawie-że-skandale (nagłe wyrzucenie dziennikarzy, bo „reprezentanci muszą się skupić na meczu”). Czy w Zniczu będzie tak samo? Będzie dziwnie, a ciosy zacznie przyjmować były dziennikarz GW, osłaniając prawdziwych sprawców zamieszania? Oby nie, chociaż w brak niesnasek i niedomówień nie wierzę – momenty do sprawdzenia się „w boju” na pewno szybko nastąpią – tak jest wszędzie. Zwłaszcza tam, gdzie się nie przelewa.
Żeby nie było – w żadnym, najmniejszym nawet procencie nie krytykuję decyzji o podjęciu pracy w Zniczu. Doskonale wiem, że za coś trzeba żyć, a fucha trzymająca przy koszykówce jest czymś miłym. Żałuję po prostu, że obecna rzeczywistość do tego zmusza, jednocześnie licząc, że poprawi to stan, wygląd i wizytówkę drużyny z Jarosławia. Bo na razie nie ma ona zbyt wysokich notowań i pozytywnych opinii.
Na koniec życzenia. Panie Adamie, bo ponoć czasem Pan na tego bloga wchodzi. Życzę sukcesów, nadspodziewanie dobrych wyników Znicza (aby moja teoria o osuwaniu się w tabeli okazała się wymysłem). Trafienia na sensownych współpracowników, posiadającym ambicję i wizję. Aby przy następnym spotkaniu nie było smutnego stwierdzenia, że nigdy więcej pracy w czymś takim. Oraz lepszej bazy danych niż w Czarnych. W skrócie – powodzenia. I obym po sezonie mógł się szczerze kajać za tytuł tej notki.
PS: Pamiętacie może tekst o Phoenix? Wyrażałem swoje obawy co do wycieczki na serię wyjazdów. Tymczasem, prócz zebrania batów w Orlando, szalona ekipa prowadzona przez Nasha zadziwia. Połknęli kolejno Heats, Celtics, Wizards i 76ers. W tym ostatnim meczu rozgrywający Słońc znowu zaliczył niesamowite d-d – 21pkt. i 20as. Do domu wracają z bilansem 7-1, a Richardson dawno już tak nie szalał. Czy jednak możni powinni zacząć się bać? Na razie bym był ostrożny, ale… być może nadchodzi faktycznie słoneczna strona NBA…
Wybaczcie, że się powtórzę… Go Suns!
Zacząć trzeba od retrospekcji. Poprzednim klubem, w którym pracował znany dziennikarz byli Czarni Słupsk. Sezon z jednym z wyższych budżetów w lidze, kompletnie schrzaniony. Jak się okazało, jeszcze przed przyjściem adroma, więc niby wina nie jego. Potem zresztą ratował sytuację (nowy trener, stos zawodników i przyzwoity wynik na koniec). Jednocześnie zmierzył się z niekompetencją działaczy, prezesem Twardowskim (nowa prawa ręka prezesa Romana L.?), wynalazkami na ławce trenerskiej i zawodniczej, itp. itd. Ogólnie jednak, jak stwierdził prezes, zarabiał za dużo praktycznie za nic, więc wyleciał. Razem z trenerem. Obecnie Czarni prezentują się znakomicie, zajmując wysokie dziewiąte miejsce w ligowej tabeli. A już 18-tego przyjadą do Jarosławia, na nadspodziewanie trudny teren, którym władał będzie (prawdopodobnie) adrom. Będzie ciekawie?
Wracając do meritum. Dla mnie Adam najbardziej sprawdzał się w roli dziennikarza, ewentualnie komentatora. Oczywiście – dzięki temu zapewne poradzi sobie jako spec od kontaktów z mediami, czy też sprawny organizator – widział już wiele razy, jak wszystko funkcjonuje. I ma zapewne własne przemyślenia, jak być powinno. A klub, taki jak Znicz, jest doskonałym miejscem do eksperymentów, a przynajmniej prób zmian, wprowadzania innowacji. Dlatego z ciekawością spoglądam efektów pracy, jednak w takich chwilach kołacze mi jedno zdanie. Już nie pamiętam, czy wypisane na blogu, czy wypowiedziane w rozmowie: „To smutne, ale dzisiaj nie sposób utrzymać się z pisania o koszykówce. Dlatego trzeba znaleźć alternatywę”. I to fakt – przez taki a nie inny stan dyscypliny tracimy jednego z lepszych „gryzipiórków”.
Ciekawe, czy hasło „dyrektor” odnosi się do pionu sportowego, czy tak ogółu. Bo jeśli ta druga wersja, to na pewno wiele roboty się szykuje – polskie kluby znane są raczej z chaosu i swego rodzaju nieogarnięcia. A co do sportowych kwestii, to tu również rodzi się kilka pytań. Znicz zaczął rewelacyjnie – na razie gra lekko ponad stan, ale nie oszukujmy się – przeciwnicy byli średni i słabi. Pokonanie
Kwestia ostatnia - Adam Romański firmował swoim nazwiskiem Czarnych, z wielką przebudową oraz kontakt z mediami na EuroBaskecie. Jak się okazuje, nie do końca samemu za to odpowiadając – tu prezes T., tam prezes L. I niesnaski, dziwne sytuacje, prawie-że-skandale (nagłe wyrzucenie dziennikarzy, bo „reprezentanci muszą się skupić na meczu”). Czy w Zniczu będzie tak samo? Będzie dziwnie, a ciosy zacznie przyjmować były dziennikarz GW, osłaniając prawdziwych sprawców zamieszania? Oby nie, chociaż w brak niesnasek i niedomówień nie wierzę – momenty do sprawdzenia się „w boju” na pewno szybko nastąpią – tak jest wszędzie. Zwłaszcza tam, gdzie się nie przelewa.
Żeby nie było – w żadnym, najmniejszym nawet procencie nie krytykuję decyzji o podjęciu pracy w Zniczu. Doskonale wiem, że za coś trzeba żyć, a fucha trzymająca przy koszykówce jest czymś miłym. Żałuję po prostu, że obecna rzeczywistość do tego zmusza, jednocześnie licząc, że poprawi to stan, wygląd i wizytówkę drużyny z Jarosławia. Bo na razie nie ma ona zbyt wysokich notowań i pozytywnych opinii.
Na koniec życzenia. Panie Adamie, bo ponoć czasem Pan na tego bloga wchodzi. Życzę sukcesów, nadspodziewanie dobrych wyników Znicza (aby moja teoria o osuwaniu się w tabeli okazała się wymysłem). Trafienia na sensownych współpracowników, posiadającym ambicję i wizję. Aby przy następnym spotkaniu nie było smutnego stwierdzenia, że nigdy więcej pracy w czymś takim. Oraz lepszej bazy danych niż w Czarnych. W skrócie – powodzenia. I obym po sezonie mógł się szczerze kajać za tytuł tej notki.
PS: Pamiętacie może tekst o Phoenix? Wyrażałem swoje obawy co do wycieczki na serię wyjazdów. Tymczasem, prócz zebrania batów w Orlando, szalona ekipa prowadzona przez Nasha zadziwia. Połknęli kolejno Heats, Celtics, Wizards i 76ers. W tym ostatnim meczu rozgrywający Słońc znowu zaliczył niesamowite d-d – 21pkt. i 20as. Do domu wracają z bilansem 7-1, a Richardson dawno już tak nie szalał. Czy jednak możni powinni zacząć się bać? Na razie bym był ostrożny, ale… być może nadchodzi faktycznie słoneczna strona NBA…
Wybaczcie, że się powtórzę… Go Suns!
Subskrybuj:
Posty (Atom)