Ten tekst może wyglądać lekko z kibicowskiego, a typowo wrocławskiego, punktu widzenia. Ale nikt nie mówił, że tu będzie obiektywnie.
Dzisiaj nadszedł ten news. Podchody trwały już ponoć długo, zresztą w poprzednich latach też plotki powstawały. Oficjalnie, Turów Zgorzelec w przyszłym sezonie swoje mecze pucharowe będzie rozgrywał we wrocławskiej Orbicie. Dlaczego jest to dramat w kilku różnych aspektach? O tym poniżej.
Zacząć należy od złożonego problemu Śląska. Pojawił się sponsor, ale jak głoszą plotki i tak nic z tego nie wyjdzie, bo miasto nie da obiecanych dwóch milionów. Dlaczego? O to zapewne zapyta wkrótce Platforma Obywatelska, tocząca batalię z obecnym prezydentem. W każdym razie jest to swoisty dramat, bo najbardziej utytułowany klub w Polsce nadal będzie tylko pod postacią drugoligowych rezerw. A o ile trudniej zdobyć jakiegokolwiek sponsora dla nieistniejącego klubu, niż dla istniejącego i walczącego, o tym chyba każdy wie. Dlatego reaktywacja Śląska powinna być kluczem, choćby i z niewielkim budżetem i rozbijającego się w środku stawki.
W kwestii wyjaśnienia – ja też wolałbym odbudowanie sekcji na bazie drugiej ligi, mozolny awans do najwyższej klasy i wzbudzanie w ludziach na nowo miłości do klubu. Niestety – to nie bajka, tylko pogrążona w totalnym kryzysie i będąca na dnie popularności koszykówka, gdzie takie eksperymenty mają bardzo znikomą szansę na sukces. Niemniej jednak, przy braku gry w PLK, chociaż takie próby byłyby mile widziane – jakakolwiek aktywność w kierunku odbudowy koszykówki we Wrocławiu jest wysoce pożądana. Głównie dlatego, że to nadal jest miasto kochające tą dyscyplinę i szkoda byłoby stracić tyle lat i taką historię.
A teraz nawiązując do Turowa. Ich gra we Wrocławiu może odciągnąć kibiców od Śląska. To przykre, ale prawdziwe – tutaj jest masa tak zwanych kibiców sukcesu, którzy jak zobaczą, że zgorzelczanie grają w pucharach, że się kręcą na ich meczach ‘grube ryby’ itp. – po prostu dadzą sobie spokój ze wspominaniem meczy Śląska i zaczną ‘kibicować’ ekipie znad granicy. Jasne – teoretycznie takich kibiców nikt nie chce na trybunach, ale warto pamiętać, że to jednak oni wydają zwykle najwięcej pieniędzy, a co za tym idzie wzmacniają klub finansowo. I zdecydowanie również oni są na trybunach potrzebni.
Dalej – swoiste przejęcie Orbity jest olbrzymim uderzeniem we wrocławskich fanów. Na szczęście to nie Hala Ludowa, ale nadal ‘swoja’ arena, którą nagle opanowują obcy. Wprawdzie dolnośląskie derby nie mają (miały?) takiej atmosfery jak mecze Czarnych z AZS-em, czy Śląska z Anwilem, ale powoli swoje antagonizmy zyskiwały. Dlatego też jestem przeciwny graniu we Wrocławiu. Tak samo jak byłbym przeciwny temu, aby Śląsk swoje pucharowe mecze rozgrywał w Poznaniu, Świebodzicach, Włocławku.
Wiem, że Wisła Kraków swoje mecze planuje rozgrywać w Lubinie, ale mając w pobliżu dobre hale (Librec, czy chociażby Praga, do której jest minimalnie bliżej, niż do Wrocławia), granie na siłę w Polsce i to w mieście innego klubu jest po prostu chamstwem. Skoro mają grać tutaj, bo sponsor tak stwierdził, to może w przyszłym sezonie od razu w Warszawie? Biznesmenów dużo, hala jest…
Podsumowując, dla mnie to dość hiobowa wieść. O ile oczywiście mogłem się jej spodziewać, to ciągle miałem nadzieję, że ten scenariusz się nie sprawdzi. Ciekawe, ile osób będzie chodziło na Turów, ale podejrzewam, że wraz z wynikami wrocławian, spragnionych koszykówki może być coraz więcej. A co w tym czasie ze Śląskiem? Koszykówka nie jest ‘trendy’ w ratuszu, na mieście, nigdzie. Fakt, że ostatnio, dzięki EuroBasketowi oraz planom powrotów do PLK, jakby trochę odżyła, ale… to nadal zdecydowanie za mało. Bo, jak mawiał klasyk – potrzebne są czyny, a nie słowa. A jak na razie u nas są słowa (2 miliony obiecane na reaktywację, Deutsche Bahn, motywacja do odbudowy), a w Zgorzelcu czyny (bo z ich punktu widzenia przeniesienie się na puchary do Wrocławia może być całkiem dobrym biznesem).
No ale ponieważ nadzieja umiera ostatnia, warto poczekać na oficjalne i ostateczne newsy. Dotyczące Śląska oczywiście, bo puchary zdają się być już zaklepane.
PS: Poszła fama, że spore problemy z przejściem pierwszego etapu weryfikacji mają Znicz i Stal. O ile ten pierwszy zespół nie jest dla mnie zaskoczeniem, o tyle myślałem, że ostrowianie dopiero na poziomie hali i gwarancji budżetowych się zatną. Szkoda, bo o ekipa wnosząca dość wiele pozytywnego zamieszania do rozgrywek. Ale tam jeden z problemów jest podobny jak w Zgorzelcu – brak hali. I trudno mi mówić, żeby grali w Kaliszu (mieszkańcy obu miast z tego co wiem nie przepadają za sobą, poza tym jestem przeciwnikiem takiego wędrowania), ale w takim razie… dla nikogo nie powinno być zlitowania. Budując renomę ligi niestety nie można sobie pozwolić na granie w obiektach typu ostrowski ‘kurnik’, a zatem… do zobaczenia w pierwszej lidze? Oby nie niżej, bo na taki zjazd chyba nikt w Ostrowie nie zasługuje.
piątek, 3 lipiec 2009
Marcin Gortat - od śmiecia do bohatera
Nie byłbym sobą, gdybym w dobie nagłego wzrostu popularności Marcina Gortata, nie przypomniał o sprawach, o których dziś już niewielu pamięta. Marcin nie przeszedł drogi od zera do bohatera - człowieka anonimowego do bardzo popularnego. Przeszedł od śmiecia do bohatera - człowieka, którym gardzono do osoby wielbionej za wiele cech.
Dziś kibice koszykarscy zaczynają narzekać, że Gortatomania tworzy fanów, którzy w przeciwieństwie do prawdziwych kibiców koszykówki nie byli z Marcinem od początku. Pozostaje pytanie, gdzie byli ci prawdziwi kibice, kiedy latem 2006 roku wylewano na Marcina wiadra pomyj w związku z jego odmową występowania w reprezentacji Polski? Gortat był załamany, kiedy po drugich letnich występach w Lidze Letniej znów nie dostał się do NBA. Nałożyły się na to jeszcze problemy zdrowotne, a Marcin w wywiadach twierdził, że wie lepiej od PZKosz i trenera kadry mówiąc: nie jestem potrzebny reprezentacji. Przed Mistrzostwami Europy w 2007 roku sytuacja się powtórzyła - Gortat odmówił gry, kibice wylewali na niego pomyje - tylko po sytuacji sprzed roku szok był trochę mniejszy. Gdzie byli wtedy prawdziwi kibice Marcina Gortata?
Ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że należałem wtedy do nielicznej opozycji broniącej Marcina przed natłokiem niemiłych słów i argumentów typu "reprezentacji się nie odmawia", "po wyborze w drafcie poprzewracało mu się w głowie i wydaje mu się, że jest nie wiadomo jaką gwiazdą" itp.
A jako że ostatnio jest modne sprawdzanie kto i kiedy wywróżył Gortatowi taką karierę, to ja może coś napiszę o moich wcześniejszych opiniach. Za czasów gry Marcina w Kolonii twierdziłem, że NBA to dla niego świetne miejsce, bo jak żaden inny europejski center pasuje do amerykańskiego stylu gry. Podobne możliwości miał Robertas Javtokas, ale Litwin miał to nieszczęście, że prawa do niego w NBA mieli i wciąż mają Spurs... Wracając do Gortata i RheinEnergie - nieustannie psioczyłem na trenera Sasę Obradovicia, który moim zdaniem zupełnie nie umiał wykorzystać możliwości Polaka. Zrobił z Gortata worek kartofli do stawiania zasłon małym Amerykanom i rozrzucania piłki po obwodzie. Najlepiej zbierający piłki w ataku zawodnik podczas rzutu znajdował się daleko od kosza. Do tego Marcin rzadko otrzymywał piłki w ataku, bo po piłka znajdowała się we władzy Amerykanów z obwodu, a nie trenera Obradovicia... Właśnie dlatego zespół z Koln był straszliwie męczący w odbiorze. Niestety niewiele zmieniło się pod tym względem w Orlando. W szczególności do czasu kontuzji Jameera Nelsona.
Kiedy uwierzyłem w Gortata na naprawdę wysokim poziomie? Latem 2008. Kiedy to w reprezentacji po roku siedzenia na ławce i trenowania w Orlando doskonale prezentował się na tle kolegów i wykazał niesamowity postęp, który bez regularnego grania w meczach o stawkę wydaje się niemożliwy.
Czy byłem w stanie kiedykolwiek przewidzieć jego niezawodność jako startera w NBA i jego pozycję na rynku FA tego lata? Nie sądzę.
Teraz pozostaje mieć nadzieję, że Orlando nie wyrówna oferty Dallas...
Marcin Gortat - fenomen
Dziś kibice koszykarscy zaczynają narzekać, że Gortatomania tworzy fanów, którzy w przeciwieństwie do prawdziwych kibiców koszykówki nie byli z Marcinem od początku. Pozostaje pytanie, gdzie byli ci prawdziwi kibice, kiedy latem 2006 roku wylewano na Marcina wiadra pomyj w związku z jego odmową występowania w reprezentacji Polski? Gortat był załamany, kiedy po drugich letnich występach w Lidze Letniej znów nie dostał się do NBA. Nałożyły się na to jeszcze problemy zdrowotne, a Marcin w wywiadach twierdził, że wie lepiej od PZKosz i trenera kadry mówiąc: nie jestem potrzebny reprezentacji. Przed Mistrzostwami Europy w 2007 roku sytuacja się powtórzyła - Gortat odmówił gry, kibice wylewali na niego pomyje - tylko po sytuacji sprzed roku szok był trochę mniejszy. Gdzie byli wtedy prawdziwi kibice Marcina Gortata?
Ja mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że należałem wtedy do nielicznej opozycji broniącej Marcina przed natłokiem niemiłych słów i argumentów typu "reprezentacji się nie odmawia", "po wyborze w drafcie poprzewracało mu się w głowie i wydaje mu się, że jest nie wiadomo jaką gwiazdą" itp.
A jako że ostatnio jest modne sprawdzanie kto i kiedy wywróżył Gortatowi taką karierę, to ja może coś napiszę o moich wcześniejszych opiniach. Za czasów gry Marcina w Kolonii twierdziłem, że NBA to dla niego świetne miejsce, bo jak żaden inny europejski center pasuje do amerykańskiego stylu gry. Podobne możliwości miał Robertas Javtokas, ale Litwin miał to nieszczęście, że prawa do niego w NBA mieli i wciąż mają Spurs... Wracając do Gortata i RheinEnergie - nieustannie psioczyłem na trenera Sasę Obradovicia, który moim zdaniem zupełnie nie umiał wykorzystać możliwości Polaka. Zrobił z Gortata worek kartofli do stawiania zasłon małym Amerykanom i rozrzucania piłki po obwodzie. Najlepiej zbierający piłki w ataku zawodnik podczas rzutu znajdował się daleko od kosza. Do tego Marcin rzadko otrzymywał piłki w ataku, bo po piłka znajdowała się we władzy Amerykanów z obwodu, a nie trenera Obradovicia... Właśnie dlatego zespół z Koln był straszliwie męczący w odbiorze. Niestety niewiele zmieniło się pod tym względem w Orlando. W szczególności do czasu kontuzji Jameera Nelsona.
Kiedy uwierzyłem w Gortata na naprawdę wysokim poziomie? Latem 2008. Kiedy to w reprezentacji po roku siedzenia na ławce i trenowania w Orlando doskonale prezentował się na tle kolegów i wykazał niesamowity postęp, który bez regularnego grania w meczach o stawkę wydaje się niemożliwy.
Czy byłem w stanie kiedykolwiek przewidzieć jego niezawodność jako startera w NBA i jego pozycję na rynku FA tego lata? Nie sądzę.
Teraz pozostaje mieć nadzieję, że Orlando nie wyrówna oferty Dallas...
Marcin Gortat - fenomen
środa, 1 lipiec 2009
Obejrzyjmy to jeszcze raz
Przez ostatnie kilka dni zajmowałem się wrzuceniem moich dawnych klipów o Śląsku i nie tylko na youtube. Wcześniej były wrzucone na innych serwerach. Re-up był dobrą okazją do poprawek, ale oznaczał też walkę z automatem youtube rozpoznającym i blokującym ścieżki twórców spod znaku pewnej dużej korporacji zrzeszającej wytwórnie muzyczne. Kilkukrotnie walka została przegrana. Mógłbym wrzucić tutaj suche okienka z klipami, ale stwierdziłem, że ciekawiej będzie pokomentować:
wersja pierwotna
Pierwsze moje dzieło. Sprzed 3 lat dokładnie. Idea powstała po tym jak na forum.e-basket.pl uzbieraliśmy wszelkie zapisane cyfrowo najlepsze akcje Śląska. Kiedy okresie, kiedy mix powstawał - początek lata po sezonie 2005/2006 - zanosiło się, że Śląsk po dwóch kiepskich latach, czekają kolejne jeszcze gorsze sezony, a do sukcesów to jeszcze daleka droga. Mniej więcej taki filmik miał mieć charakter - podsumowanie tego wszystkiego co było.
Jako, że w tym mixie o podmianie ścieżki dźwiękowej nie mogło być mowy, znalazłem sposób (choć trochę późno) na ominięcie blokady youtube. Wystarczy dodać na początek materiał ze ścieżką dźwiękową, której nie mają w bazie utworów. Jak widać nie jest to przesadnie zaawansowane narzędzie. I dlatego właśnie najnowsza wersja The best of WKS ma dodany wstęp.
wersja pierwotna
Te klip powstał kilka miesięcy później. Okazało się, że Śląsk w nowym składzie miał nadspodziewanie dobre wyniki. To w połączeniu z faktem, iż stała za tym nowa ekipa zarządzająca klubem, dało w efekcie renesans popularności Śląska we Wrocławiu. Ekipa początków rządów Siemińskiego grała świetnie, tworzyła niespotykany wcześniej monolit, a ja chciałem zmontować kolejny mix. No i powstał.
Wersja praktycznie bez zmian z pierwotną.
wersja pierwotna
Tutaj nie ma co ukrywać, że inspiracją był teledysk pożegnalny Igora Griszczuka. Film o Zielińskim miał być odpowiedzią. Stwierdziłem jednak, że w kierunku tak rozczulającego podkładu jak soundtrack z Gladiatora nie pójdę. Padło na mocne uderzenie ulubionego zespołu Maćka - Metalliki i utwór Enter Sandman.
Niestety to na youtube już nie przeszło i ten klip przeszedł największe zmiany. Nie dość, że jest z inną ścieżką dźwiękową, to skróciłem go o ponad minutę. Starałem się zrobić z tego atut - usunąłem dłużyzny (potrójne powtórki itp.) i mniej ciekawe akcje. Dla miłośników starej wersji - link powyżej.
wersja pierwotna
Nie ukrywam, że mam ogromny sentyment do Śląska z początku sezonu 2001/2002 i właśnie tego pamiętnego meczu z Maccabi. Kiedy tylko mecz wpadł w moje ręce, jasne dla mnie było, że trzeba go zmixować. Chciałem dać w końcu polską muzykę - zespół którego nie słucham, ale akurat ten utwór mi podszedł.
Praktycznie bez zmian do pierwszej wersji.
Film tworzony na zupełnie inną okazję niż to ostatecznie wyszło. Podobnie jak The best of WKS montowany w atmosferze: nadchodzą nas słabe czasy, czekajmy na lepsze. A że niedługo później ogłoszono upadłość klubu, to pasowało dość nieźle opublikowanie go. Dziś, kiedy mamy 0,01% szans na grę Śląska w PLK w najbliższym sezonie, też jest bardzo aktualny...
wersja pierwotna
To bardzo świeża sprawa i nie za bardzo jest co komentować. Chciałem tylko zaznaczyć, że muzyka którą chciałem w nim umieścić jest zupełnie inna. Z całą pewnością doskonale znana wszystkim, którzy spędzili godziny przy NFS: Underground.
Zmontowane w grudniu. Każdy wie czym inspirowane. Dało początek kilku innym, często lepszym tego typu produkcjom. Sporo szyderczego humoru w doborze zdjęć, choć może nie od razu dostrzegalnego.
wersja pierwotna
Kompilacja zupełnie odbiegająca tematyką i stylistyką od pozostałych. Tworzona pod wpływem odkrycia NBA sprzed Jordana, Birda i Magica i stwierdzenia, że była o wiele ciekawsza od tej obecnej. Ten All-Star był wyjątkowy pod każdym względem. Poza tym, że wtedy grało się bardziej na poważnie, to skupiał w sobie gwiazdy odchodzącego i nadchodzącego pokolenia (do pełni szczęścia brakuje Pistol Pete'a Maravicha, który grał wtedy drugi sezon w NBA), a zwycięstwo Zachodowi zapewnił Jerry West rzutem w ostatnich sekundach.
Tutaj było najciężej o zmianę muzyki. A to z tego względu, że cały mix był ustawiony pod jedyny w swoim rodzaju rytm Stayin Alive w wykonaniu Bee Gees.
Miłego oglądania.
wersja pierwotna
Pierwsze moje dzieło. Sprzed 3 lat dokładnie. Idea powstała po tym jak na forum.e-basket.pl uzbieraliśmy wszelkie zapisane cyfrowo najlepsze akcje Śląska. Kiedy okresie, kiedy mix powstawał - początek lata po sezonie 2005/2006 - zanosiło się, że Śląsk po dwóch kiepskich latach, czekają kolejne jeszcze gorsze sezony, a do sukcesów to jeszcze daleka droga. Mniej więcej taki filmik miał mieć charakter - podsumowanie tego wszystkiego co było.
Jako, że w tym mixie o podmianie ścieżki dźwiękowej nie mogło być mowy, znalazłem sposób (choć trochę późno) na ominięcie blokady youtube. Wystarczy dodać na początek materiał ze ścieżką dźwiękową, której nie mają w bazie utworów. Jak widać nie jest to przesadnie zaawansowane narzędzie. I dlatego właśnie najnowsza wersja The best of WKS ma dodany wstęp.
wersja pierwotna
Te klip powstał kilka miesięcy później. Okazało się, że Śląsk w nowym składzie miał nadspodziewanie dobre wyniki. To w połączeniu z faktem, iż stała za tym nowa ekipa zarządzająca klubem, dało w efekcie renesans popularności Śląska we Wrocławiu. Ekipa początków rządów Siemińskiego grała świetnie, tworzyła niespotykany wcześniej monolit, a ja chciałem zmontować kolejny mix. No i powstał.
Wersja praktycznie bez zmian z pierwotną.
wersja pierwotna
Tutaj nie ma co ukrywać, że inspiracją był teledysk pożegnalny Igora Griszczuka. Film o Zielińskim miał być odpowiedzią. Stwierdziłem jednak, że w kierunku tak rozczulającego podkładu jak soundtrack z Gladiatora nie pójdę. Padło na mocne uderzenie ulubionego zespołu Maćka - Metalliki i utwór Enter Sandman.
Niestety to na youtube już nie przeszło i ten klip przeszedł największe zmiany. Nie dość, że jest z inną ścieżką dźwiękową, to skróciłem go o ponad minutę. Starałem się zrobić z tego atut - usunąłem dłużyzny (potrójne powtórki itp.) i mniej ciekawe akcje. Dla miłośników starej wersji - link powyżej.
wersja pierwotna
Nie ukrywam, że mam ogromny sentyment do Śląska z początku sezonu 2001/2002 i właśnie tego pamiętnego meczu z Maccabi. Kiedy tylko mecz wpadł w moje ręce, jasne dla mnie było, że trzeba go zmixować. Chciałem dać w końcu polską muzykę - zespół którego nie słucham, ale akurat ten utwór mi podszedł.
Praktycznie bez zmian do pierwszej wersji.
Film tworzony na zupełnie inną okazję niż to ostatecznie wyszło. Podobnie jak The best of WKS montowany w atmosferze: nadchodzą nas słabe czasy, czekajmy na lepsze. A że niedługo później ogłoszono upadłość klubu, to pasowało dość nieźle opublikowanie go. Dziś, kiedy mamy 0,01% szans na grę Śląska w PLK w najbliższym sezonie, też jest bardzo aktualny...
wersja pierwotna
To bardzo świeża sprawa i nie za bardzo jest co komentować. Chciałem tylko zaznaczyć, że muzyka którą chciałem w nim umieścić jest zupełnie inna. Z całą pewnością doskonale znana wszystkim, którzy spędzili godziny przy NFS: Underground.
Zmontowane w grudniu. Każdy wie czym inspirowane. Dało początek kilku innym, często lepszym tego typu produkcjom. Sporo szyderczego humoru w doborze zdjęć, choć może nie od razu dostrzegalnego.
wersja pierwotna
Kompilacja zupełnie odbiegająca tematyką i stylistyką od pozostałych. Tworzona pod wpływem odkrycia NBA sprzed Jordana, Birda i Magica i stwierdzenia, że była o wiele ciekawsza od tej obecnej. Ten All-Star był wyjątkowy pod każdym względem. Poza tym, że wtedy grało się bardziej na poważnie, to skupiał w sobie gwiazdy odchodzącego i nadchodzącego pokolenia (do pełni szczęścia brakuje Pistol Pete'a Maravicha, który grał wtedy drugi sezon w NBA), a zwycięstwo Zachodowi zapewnił Jerry West rzutem w ostatnich sekundach.
Tutaj było najciężej o zmianę muzyki. A to z tego względu, że cały mix był ustawiony pod jedyny w swoim rodzaju rytm Stayin Alive w wykonaniu Bee Gees.
Miłego oglądania.
wtorek, 30 czerwiec 2009
Karty na stół
Niemrawy sezon ogórkowy w Polskiej Lidze Koszykówki trwa. Dzisiaj serca kibiców i działaczy na chwilę zabiją szybciej – o północy z wtorku na środę mija bowiem termin zgłaszania drużyn do rozgrywek ekstraklasy w sezonie 2009–10.
Mało prawdopodobne, by ktoś wysłał dramatyczny faks anonsujący chęć gry w ekstraklasie „za pięć dwunasta”. Jeszcze mniej realne jest, by ktokolwiek odebrał takie zgłoszenie na czas. Wszystko rozegra się raczej w południe, ewentualnie w godzinach popołudniowych, jeśli jakieś kluby wyślą sygnały, by władze ligi dały im jeszcze chwilę czasu do namysłu.
Powyższe dywagacje są pokłosiem doświadczeń z roku ubiegłego, gdy szefowie PLK z niecierpliwością czekali na jakikolwiek pozytywny gest ze strony władz (głównie właściciela) Śląska Wrocław. Garstka kibiców i grono wrocławskich dziennikarzy w napięciu wyczekiwało dobrych wieści z ulicy Ciołka w Warszawie (siedziba PLK i PZKosz) i Mieszczańskiej w stolicy Dolnego Śląska (a to siedziba Śląska), zaś reszta ligi ze zniecierpliwieniem przypatrywała temu żenującemu spektaklowi. Tym razem takich emocji raczej zabraknie.
Nie oznacza to, że będzie nudno. Stuprocentowo pewni swego mogą fani zaledwie kilku ekip.
Jedynie kataklizm mógłby spowodować wycofanie z ligi zespołu Asseco Prokomu. Jedyną, ale za to sporą, nowością jest zmiana siedziby klubu – z Sopotu na Gdynię. Kto wie jednak, czy w nadmorskim kurorcie także nie zobaczymy ekstraligowej koszykówki..
Podobny spokój może panować w Zgorzelcu, gdzie państwowy gigant PGE deklaruje kontynuację współpracy z wicemistrzami Polski, a jedynym problemem mogą być ewentualne cięcia budżetowe. Nic złego nie powinno się wydarzyć w Starogardzie Gdańskim i Poznaniu, gdzie metodycznie buduje się składy na kolejny sezon. Stabilny sponsor stoi także za zespołem Czarnych Słupsk, stąd sensacji w mieście nad Słupią raczej nie będzie.
Teoretycznie podobnie dzieje się we Włocławku. Tam jednak alarm ogłaszano jeszcze w trakcie poprzedniego sezonu. Pojawienie się nowego inwestora w firmie Anwil wznieciło spekulacje na temat zakręcenia kurka z pieniędzmi dla mistrza Polski sprzed sześciu lat. Od tamtej pory pojawiły się jedynie dość mocne pogłoski na temat nie zgłoszenia drużyny do rozgrywek europejskich, ale jak pokazał przykład wrocławski w PLK niczego nie można być pewnym.
Na drugim biegunie znajdują się zespoły Kotwicy Kołobrzeg, Stali Ostrów, czy Znicza Jarosław. Zdobywca Pucharu Polski po tym sukcesie musiał przełknąć żabę po odejściu trzech Amerykanów tuż przed startem fazy play off. Teraz szefowie klubu zapewniają, że przy wsparciu władz miasta drużynie nie grozi wycofanie z ligi. Podobnie zresztą rzecz ma się z AZS –em Koszalin. Nie zmienia to jednak faktu, że za zapewnieniami muszą pójść konkrety, a tych na razie brakuje. W Ostrowie z kolei zapomniano już chyba o snach o potędze i wsparciu ze strony Atlasa. Człowiek Orkiestra Andrzej Kowalczyk znów musi roztoczyć swoją magiczną aurę, tym razem by zespół wystartował do kolejnej batalii. Do kwestii finansowych dochodzi coraz bardziej restrykcyjne podejście szefów PLK do kwestii jakości hali, w której mecze ma rozgrywać zgłaszany klub. Tutaj gorączkowe starania o dopuszczenie obecnego obiektu, tudzież poszukiwanie alternatywy będą testem nie tylko dla „Stalówki” lecz także dla stojącej na straży swoich zasad ligi.
Najsmutniej wygląda sytuacja Znicza. Jedyny klub ze ściany wschodniej liczy głównie na kibiców piszących listy z prośbą o ratunek dla swej drużyny. Niestety, znowu przykład z Wrocławia pokazuje, że petycje wiele nie zmienią, jeśli zabraknie woli biznesowej lub co gorsza politycznej, by wspierać nawet zasłużone kluby. Ponoć nadzieja umiera ostatnia..
Tym razem dla odmiany nie ma negatywnych sygnałów z Inowrocławia. Rok temu szkieletowy zespół zgłoszony tylko dzięki wybitnie liberalnemu podejściu PLK, był jednym z „kandydatów” do odpadnięcia z ligi z przyczyn organizacyjnych. Nic takiego nie miało jednakże miejsca, a pierwsze ruchy transferowe sugerują, że kryzys nie zjada spadkobierców Noteci i drużyna z Kujaw ma wszelkie dane, by wystąpić w ekstraklasie. Bez szaleństw, ale i bez zbędnych nerwów powinno się także obejść w Kwidzynie. Z kolei w Stalowej Woli prezydent-narodowiec (tak się ów dżentelmen określa) zlitował się nad swoją drużyną i łaskawie dopuścił możliwość zatrudnienia w klubie dwóch obcokrajowców, ratując go dotacją na przetrwanie. Pozostaje mieć nadzieję, że pojawienie się w barwach Stali zawodników o ciemniejszej karnacji nie spowoduje zmiany tej decyzji..
Nadchodzący sezon miał być w zamierzeniu prezesa PLK kolejnym etapem wdrażania słusznej strategii przyciągania klubów z dużych miast do ekstraklasy. Na razie można powiedzieć, że marzenie to przybiera w rzeczywistości zaskakujący obrót. Może się bowiem zdarzyć, że do ligi zgłoszą się po dwa kluby z Trójmiasta i stolicy. Mało tego, w tym drugim przypadku będą to dwie Polonie Warszawa, zaś w tym pierwszym niejako dwa „Trefle”. Skąd taka osobliwość?
W Warszawie względy ambicjonalne spowodowały powstanie konkurencji dla Polonii. Biznesmen Jarosław Popiołek, początkujący menedżer Walter Jeklin oraz trener Mladen Starcević stworzyli projekt szkolenia (złośliwi mówią nabywania i promocji) młodych talentów. Rozmach i zaangażowanie uczestników tego przedsięwzięcia w krótkim czasie doprowadził do skutecznego szturmu na ekstraklasę. Teraz zaczęły się schody. W stolicy basket zawodowy ma się tak sobie. Polonia prezesa Wojciecha Kozaka ma niszową, choć elitarną widownię i od kilku lat kłopoty ze znalezieniem stabilnego sponsora. Tego kłopotu nie ma Polonia 2011, ale sama nie może znaleźć dla siebie obiektu do gry, godnego ekstraklasy. Połączenie potencjału obu firm jest logiczne, ale wspomniane ambicje mogą pogrzebać ten pomysł. Dzielenie nielicznych kibiców i sponsorów na dwie ekipy może być poważnym problemem na przyszłość.
Nieco inaczej wygląda to w Trójmieście, gdzie dominujący w kraju Asseco Prokom przenosi siedzibę do Gdyni, a według deklaracji ważnych osobistości z Sopotu na jego miejsce ma zostać zgłoszony klub kontynuujący tradycję Trefla Sopot. Krótko mówiąc na mapie pojawią się dwa podmioty wywodzące się z tej samej tradycji. W końcu mistrzowie Polski są faktycznym kontynuatorem owego Trefla. Tam jednakże nie ma obawy o kwestie finansowe, gdyż za zespołem z Gdyni stoją dwie duże firmy (Asseco i Prokom), zaś nowy – stary projekt miałby polegać na życzliwym wsparciu władz Sopotu, Kazimierza Wierzbickiego (promotora zawodowego basketu w Sopocie) i jednego z najbogatszych Polaków, Ryszarda Krauzego.
Pytanie tylko, czy o takie działania chodziło Januszowi Wierzbowskiemu (prezesowi PLK), gdy zapraszał „duże miasta” do udziału w zarządzanej przez siebie lidze. Z zaproszonych miast już tylko ostatni optymiści wierzą w reaktywację Śląska, czy zgłoszenie ŁKS- u. Co prawda została nam jeszcze 11 godzin, ale cuda na zawołanie potrafił czynić tylko jeden człowiek na tym świecie..
Na koniec warto wspomnieć, że dziś (a w zasadzie jutro rano..) nie poznamy ostatecznego składu ligi w sezonie 09/10. Kluczowa dla losów wszystkich zgłoszonych ma być weryfikacja klubowych finansów, która w założeniu ma się zakończyć w połowie lipca. Jeszcze nie zdarzyło się, by ten termin został zachowany, więc emocje potrwają pewnie nieco dłużej, W końcu ta liga musi się składać z większej liczby uczestników, niż czterech czy pięciu.
Po co więc cały ten zgiełk? Otóż 1 lipca dowiemy się kto (prawie) na pewno nie będzie brany pod uwagę w procedurze weryfikacyjnej. Po prostu, jeśli się nie zgłosisz, to znaczy, ze pasujesz. Cała reszta bawi się dalej. Chyba, że zgłosi się kompromitująco mała liczba uczestników. Wtedy też zacznie się niemały cyrk pod hasłem „bierzemy kogo się da”, W swej naiwności chcę wierzyć, że do tego nie dojdzie.
Mało prawdopodobne, by ktoś wysłał dramatyczny faks anonsujący chęć gry w ekstraklasie „za pięć dwunasta”. Jeszcze mniej realne jest, by ktokolwiek odebrał takie zgłoszenie na czas. Wszystko rozegra się raczej w południe, ewentualnie w godzinach popołudniowych, jeśli jakieś kluby wyślą sygnały, by władze ligi dały im jeszcze chwilę czasu do namysłu.
Powyższe dywagacje są pokłosiem doświadczeń z roku ubiegłego, gdy szefowie PLK z niecierpliwością czekali na jakikolwiek pozytywny gest ze strony władz (głównie właściciela) Śląska Wrocław. Garstka kibiców i grono wrocławskich dziennikarzy w napięciu wyczekiwało dobrych wieści z ulicy Ciołka w Warszawie (siedziba PLK i PZKosz) i Mieszczańskiej w stolicy Dolnego Śląska (a to siedziba Śląska), zaś reszta ligi ze zniecierpliwieniem przypatrywała temu żenującemu spektaklowi. Tym razem takich emocji raczej zabraknie.
Nie oznacza to, że będzie nudno. Stuprocentowo pewni swego mogą fani zaledwie kilku ekip.
Jedynie kataklizm mógłby spowodować wycofanie z ligi zespołu Asseco Prokomu. Jedyną, ale za to sporą, nowością jest zmiana siedziby klubu – z Sopotu na Gdynię. Kto wie jednak, czy w nadmorskim kurorcie także nie zobaczymy ekstraligowej koszykówki..
Podobny spokój może panować w Zgorzelcu, gdzie państwowy gigant PGE deklaruje kontynuację współpracy z wicemistrzami Polski, a jedynym problemem mogą być ewentualne cięcia budżetowe. Nic złego nie powinno się wydarzyć w Starogardzie Gdańskim i Poznaniu, gdzie metodycznie buduje się składy na kolejny sezon. Stabilny sponsor stoi także za zespołem Czarnych Słupsk, stąd sensacji w mieście nad Słupią raczej nie będzie.
Teoretycznie podobnie dzieje się we Włocławku. Tam jednak alarm ogłaszano jeszcze w trakcie poprzedniego sezonu. Pojawienie się nowego inwestora w firmie Anwil wznieciło spekulacje na temat zakręcenia kurka z pieniędzmi dla mistrza Polski sprzed sześciu lat. Od tamtej pory pojawiły się jedynie dość mocne pogłoski na temat nie zgłoszenia drużyny do rozgrywek europejskich, ale jak pokazał przykład wrocławski w PLK niczego nie można być pewnym.
Na drugim biegunie znajdują się zespoły Kotwicy Kołobrzeg, Stali Ostrów, czy Znicza Jarosław. Zdobywca Pucharu Polski po tym sukcesie musiał przełknąć żabę po odejściu trzech Amerykanów tuż przed startem fazy play off. Teraz szefowie klubu zapewniają, że przy wsparciu władz miasta drużynie nie grozi wycofanie z ligi. Podobnie zresztą rzecz ma się z AZS –em Koszalin. Nie zmienia to jednak faktu, że za zapewnieniami muszą pójść konkrety, a tych na razie brakuje. W Ostrowie z kolei zapomniano już chyba o snach o potędze i wsparciu ze strony Atlasa. Człowiek Orkiestra Andrzej Kowalczyk znów musi roztoczyć swoją magiczną aurę, tym razem by zespół wystartował do kolejnej batalii. Do kwestii finansowych dochodzi coraz bardziej restrykcyjne podejście szefów PLK do kwestii jakości hali, w której mecze ma rozgrywać zgłaszany klub. Tutaj gorączkowe starania o dopuszczenie obecnego obiektu, tudzież poszukiwanie alternatywy będą testem nie tylko dla „Stalówki” lecz także dla stojącej na straży swoich zasad ligi.
Najsmutniej wygląda sytuacja Znicza. Jedyny klub ze ściany wschodniej liczy głównie na kibiców piszących listy z prośbą o ratunek dla swej drużyny. Niestety, znowu przykład z Wrocławia pokazuje, że petycje wiele nie zmienią, jeśli zabraknie woli biznesowej lub co gorsza politycznej, by wspierać nawet zasłużone kluby. Ponoć nadzieja umiera ostatnia..
Tym razem dla odmiany nie ma negatywnych sygnałów z Inowrocławia. Rok temu szkieletowy zespół zgłoszony tylko dzięki wybitnie liberalnemu podejściu PLK, był jednym z „kandydatów” do odpadnięcia z ligi z przyczyn organizacyjnych. Nic takiego nie miało jednakże miejsca, a pierwsze ruchy transferowe sugerują, że kryzys nie zjada spadkobierców Noteci i drużyna z Kujaw ma wszelkie dane, by wystąpić w ekstraklasie. Bez szaleństw, ale i bez zbędnych nerwów powinno się także obejść w Kwidzynie. Z kolei w Stalowej Woli prezydent-narodowiec (tak się ów dżentelmen określa) zlitował się nad swoją drużyną i łaskawie dopuścił możliwość zatrudnienia w klubie dwóch obcokrajowców, ratując go dotacją na przetrwanie. Pozostaje mieć nadzieję, że pojawienie się w barwach Stali zawodników o ciemniejszej karnacji nie spowoduje zmiany tej decyzji..
Nadchodzący sezon miał być w zamierzeniu prezesa PLK kolejnym etapem wdrażania słusznej strategii przyciągania klubów z dużych miast do ekstraklasy. Na razie można powiedzieć, że marzenie to przybiera w rzeczywistości zaskakujący obrót. Może się bowiem zdarzyć, że do ligi zgłoszą się po dwa kluby z Trójmiasta i stolicy. Mało tego, w tym drugim przypadku będą to dwie Polonie Warszawa, zaś w tym pierwszym niejako dwa „Trefle”. Skąd taka osobliwość?
W Warszawie względy ambicjonalne spowodowały powstanie konkurencji dla Polonii. Biznesmen Jarosław Popiołek, początkujący menedżer Walter Jeklin oraz trener Mladen Starcević stworzyli projekt szkolenia (złośliwi mówią nabywania i promocji) młodych talentów. Rozmach i zaangażowanie uczestników tego przedsięwzięcia w krótkim czasie doprowadził do skutecznego szturmu na ekstraklasę. Teraz zaczęły się schody. W stolicy basket zawodowy ma się tak sobie. Polonia prezesa Wojciecha Kozaka ma niszową, choć elitarną widownię i od kilku lat kłopoty ze znalezieniem stabilnego sponsora. Tego kłopotu nie ma Polonia 2011, ale sama nie może znaleźć dla siebie obiektu do gry, godnego ekstraklasy. Połączenie potencjału obu firm jest logiczne, ale wspomniane ambicje mogą pogrzebać ten pomysł. Dzielenie nielicznych kibiców i sponsorów na dwie ekipy może być poważnym problemem na przyszłość.
Nieco inaczej wygląda to w Trójmieście, gdzie dominujący w kraju Asseco Prokom przenosi siedzibę do Gdyni, a według deklaracji ważnych osobistości z Sopotu na jego miejsce ma zostać zgłoszony klub kontynuujący tradycję Trefla Sopot. Krótko mówiąc na mapie pojawią się dwa podmioty wywodzące się z tej samej tradycji. W końcu mistrzowie Polski są faktycznym kontynuatorem owego Trefla. Tam jednakże nie ma obawy o kwestie finansowe, gdyż za zespołem z Gdyni stoją dwie duże firmy (Asseco i Prokom), zaś nowy – stary projekt miałby polegać na życzliwym wsparciu władz Sopotu, Kazimierza Wierzbickiego (promotora zawodowego basketu w Sopocie) i jednego z najbogatszych Polaków, Ryszarda Krauzego.
Pytanie tylko, czy o takie działania chodziło Januszowi Wierzbowskiemu (prezesowi PLK), gdy zapraszał „duże miasta” do udziału w zarządzanej przez siebie lidze. Z zaproszonych miast już tylko ostatni optymiści wierzą w reaktywację Śląska, czy zgłoszenie ŁKS- u. Co prawda została nam jeszcze 11 godzin, ale cuda na zawołanie potrafił czynić tylko jeden człowiek na tym świecie..
Na koniec warto wspomnieć, że dziś (a w zasadzie jutro rano..) nie poznamy ostatecznego składu ligi w sezonie 09/10. Kluczowa dla losów wszystkich zgłoszonych ma być weryfikacja klubowych finansów, która w założeniu ma się zakończyć w połowie lipca. Jeszcze nie zdarzyło się, by ten termin został zachowany, więc emocje potrwają pewnie nieco dłużej, W końcu ta liga musi się składać z większej liczby uczestników, niż czterech czy pięciu.
Po co więc cały ten zgiełk? Otóż 1 lipca dowiemy się kto (prawie) na pewno nie będzie brany pod uwagę w procedurze weryfikacyjnej. Po prostu, jeśli się nie zgłosisz, to znaczy, ze pasujesz. Cała reszta bawi się dalej. Chyba, że zgłosi się kompromitująco mała liczba uczestników. Wtedy też zacznie się niemały cyrk pod hasłem „bierzemy kogo się da”, W swej naiwności chcę wierzyć, że do tego nie dojdzie.
sobota, 27 czerwiec 2009
All-PLK
A więc dotarliśmy do najlepszej piątki ostatniej dekady. Poprzednie: All-PLK 2nd team, All-PLK 3rd team.
All-PLK 1st team:

PG Lynn Greer
Szczerze mówiąc nie wiem czy muszę tutaj o czymkolwiek pisać. Zdecydowanie najlepszy PG jaki biegał po parkietach PLK w ostatnich latach. Od jego czasów nie było w Eurolidze strzelca, który choć zbliżył się do jego osiągnięć (25,07 punkta na mecz). Do pełni szczęścia zabrakło tylko mistrzostwa.

SG Thomas Kelati
Chyba najmniej oczywista kandydatura do pierwszej piątki. Ze Slaniną wygrał lepszą obroną i zdecydowanie równiejszą postawą jako lidera. Slanina rzucił 10 trójek w PLK, a Kelati 9 trójek w Eurolidze wyrównując rekord Sauliusa Stombergasa. Choć zrobił to w o wiele gorszym stylu: 9/19 w porównaniu do 9/9.

SF Qyntel Woods
Tu znów wszystko jasne. Kosmiczny dla tej ligi zawodnik. Potrafi wszystko. Jest nie do zatrzymania. W play-off, które zdominował, mógłby zaprezentować się jeszcze lepiej, gdyby nie miał problemów z plecami.

PF Adam Wójcik
Jedyny Polak w całym zestawieniu. Co ciekawe jedyny zawodnik, który zmieściłby się także do pierwszej piątki lat dziewięćdziesiątych. W lidze debiutował w 1987 roku. W ostatniej dekadzie w Polsce lider Śląska, Prokomu, reprezentacji, w międzyczasie liga hiszpańska, grecka i włoska. Wzór dla każdego polskiego koszykarza.

C Tomas van den Spiegel
Jedyny zawodnik bez medalu w całym zestawieniu. I choć Tomas przeszedł w styczniu do CSKA zdecydowałem się umieścić w pierwszej piątce, gdyż w tym niekrótkim okresie zdążył udowodnić, że był najlepszym centrem jaki grał w PLK. Przez całą karierę grał w czołowych klubach, gdzie przylgnęła do niego łatka gracza zadaniowego. W Sopocie pokazał, że wcale nie musi tak być. Był jedyną gwiazdą tego kosmicznego składu, która nie zawodziła, a wręcz przeciwnie był świetnie prezentującym się liderem. Jego ranking z meczu przeciwko Virtusovi Bologna, w którym został MVP kolejki, to szósty wynik w historii Euroligi. Wielka szkoda dla PLK, że z dwuletniego kontraktu z Prokomem wypełnił tylko pół roku.
Na koniec trochę komentarza. Jak widać jeśli chodzi o najlepszych koszykarzy, to nie bardzo jest o czym pisać, bo ich umiejętności same mówią za siebie. Wyszło trochę dziwnie, bo w drugiej piątce mamy dwie pary które prowadziły zespoły do mistrzostw (Hawkins-Wright, Slanina-Besok) i lidera zespołu mistrzowskiego (Jagodnik). W tej najlepszej mamy tylko dwóch mistrzów, dwóch wicemistrzów, parę wicemistrzowską (Greer-Wójcik) i zawodnika, który nie dokończył sezonu (Spiegel). Nie to jednak było najważniejszym kryterium. Umiejętności pokazały co innego.
Co do tego czy mam wątpliwości i czym coś zmienił? Na dzień dzisiejszy niczego.
All-PLK 1st team:

PG Lynn Greer
Szczerze mówiąc nie wiem czy muszę tutaj o czymkolwiek pisać. Zdecydowanie najlepszy PG jaki biegał po parkietach PLK w ostatnich latach. Od jego czasów nie było w Eurolidze strzelca, który choć zbliżył się do jego osiągnięć (25,07 punkta na mecz). Do pełni szczęścia zabrakło tylko mistrzostwa.

SG Thomas Kelati
Chyba najmniej oczywista kandydatura do pierwszej piątki. Ze Slaniną wygrał lepszą obroną i zdecydowanie równiejszą postawą jako lidera. Slanina rzucił 10 trójek w PLK, a Kelati 9 trójek w Eurolidze wyrównując rekord Sauliusa Stombergasa. Choć zrobił to w o wiele gorszym stylu: 9/19 w porównaniu do 9/9.

SF Qyntel Woods
Tu znów wszystko jasne. Kosmiczny dla tej ligi zawodnik. Potrafi wszystko. Jest nie do zatrzymania. W play-off, które zdominował, mógłby zaprezentować się jeszcze lepiej, gdyby nie miał problemów z plecami.

PF Adam Wójcik
Jedyny Polak w całym zestawieniu. Co ciekawe jedyny zawodnik, który zmieściłby się także do pierwszej piątki lat dziewięćdziesiątych. W lidze debiutował w 1987 roku. W ostatniej dekadzie w Polsce lider Śląska, Prokomu, reprezentacji, w międzyczasie liga hiszpańska, grecka i włoska. Wzór dla każdego polskiego koszykarza.

C Tomas van den Spiegel
Jedyny zawodnik bez medalu w całym zestawieniu. I choć Tomas przeszedł w styczniu do CSKA zdecydowałem się umieścić w pierwszej piątce, gdyż w tym niekrótkim okresie zdążył udowodnić, że był najlepszym centrem jaki grał w PLK. Przez całą karierę grał w czołowych klubach, gdzie przylgnęła do niego łatka gracza zadaniowego. W Sopocie pokazał, że wcale nie musi tak być. Był jedyną gwiazdą tego kosmicznego składu, która nie zawodziła, a wręcz przeciwnie był świetnie prezentującym się liderem. Jego ranking z meczu przeciwko Virtusovi Bologna, w którym został MVP kolejki, to szósty wynik w historii Euroligi. Wielka szkoda dla PLK, że z dwuletniego kontraktu z Prokomem wypełnił tylko pół roku.
Na koniec trochę komentarza. Jak widać jeśli chodzi o najlepszych koszykarzy, to nie bardzo jest o czym pisać, bo ich umiejętności same mówią za siebie. Wyszło trochę dziwnie, bo w drugiej piątce mamy dwie pary które prowadziły zespoły do mistrzostw (Hawkins-Wright, Slanina-Besok) i lidera zespołu mistrzowskiego (Jagodnik). W tej najlepszej mamy tylko dwóch mistrzów, dwóch wicemistrzów, parę wicemistrzowską (Greer-Wójcik) i zawodnika, który nie dokończył sezonu (Spiegel). Nie to jednak było najważniejszym kryterium. Umiejętności pokazały co innego.
Co do tego czy mam wątpliwości i czym coś zmienił? Na dzień dzisiejszy niczego.
Subskrybuj:
Posty (Atom)